wtorek, 16 września 2014

Rozdział pierwszy

Woda w strumieniu płynęła spokojnie. Niestraszne jej były kamienie i ostre zakręty, dążyła wciąż przed siebie. Było w tym jakieś niesamowite, ukryte piękno. Szum wypełniał ciszę. Dookoła nic, tylko las.  W chłodnym powietrzu czuć było zapach sosny. Na ziemi leżały liście nielicznych drzew liściastych i lekko chrzęściły pod nogami, kiedy stąpała po nich szczupła blondynka, w co większe grupki kopiąc stopami ubranymi w czarne glany pomazane korektorem.
Katherine idąc, machała dookoła siebie torbą wypchaną szkolnymi podręcznikami. Wzrok miała utkwiony przed siebie, nie zwracała uwagi ani na drzewa, ani na strumień. Była zdecydowanie w złym humorze. Dzień zaczął się od oświadczenia nauczyciela od angielskiego, że projekt semestralny będzie musiała robić z jakimś nowym, bogatym dzieciakiem. Świetnie.
Później matematyczka prawiła jej kazanie, jak to ona się nie stara i marnuje swój tajent. Wspaniale.
Na sam koniec wdała się w kłótnię z Amandą Beckefeller, która stwierdziła, że nie dziwi się, iż Katherine i jej matka mieszkają same, bo nikt nie chciałby mieć nic wspólnego z dwiema wariatkami. Po chwili dodała, że opuszczenie ich było prawdopodbnie najlepszą życiową decyzją ojca Kate, a jej braciszek miał szczęście, iż zginął.
Po tych słowach blondynka rzuciła się na cheerleaderkę, łamiąc jej nos i podbijając oko. Zostałaby prawdopodobnie zawieszona, gdyby nie fakt, że a) dyrektor ją lubi i b) wszyscy wiedzą, że dla niej to nie byłaby żadna kara.
Katherine Winetrop była znana w Riverville ze swojej aspołeczności, agresywności i nienawiści do dziewięćdziesięciu dziewięciu procent populacji. Społeczności w małych miejscowościach mają zwyczaj do bycia nad wyraz religijnymi i nie inaczej było w Riverville. Zatem nie ma co się dziwić, iż osoba ubierająca się cała na czarno, słuchająca punku i metalu, a w dodatku nie chodząca do kościoła, nie będzie tu mile widziana. W skrócie: Katherine nie lubiła ludzi z Riverville i ludzie z Riverville nie lubili Katherine.
Lecz nie zawsze tak było. Kiedy Kate miała zaledwie jedenaście lat, jej mały brat, Jamie, zginął w pożarze. Miała się nim opiekować pod nieobecność matki. Wyjechała rowerem do sklepu. Nie było jej zaledwie piętnaście minut. Te piętnaście minut zmieniło ją całkowicie.
Kiedy pedałowała w stronę domu, minęła ją straż pożara. Gdy zajechała pod budynek, zaczęli już gasić ogień. Płakała, krzyczała, drapała i gryzła. Robiła wszystko, żeby dostać się do środka. Dopiero kiedy z płomieni wyszedł jeden ze strażaków, niosąc w rękach coś, co nie mogło być jej bratem, zamilkła. Nie odwracała wzroku, dopóki stojąca obok niej blada sąsiadka  nie przyciągnęła jej do siebie.
Na pogrzebie Katherine nie płakała – nie przyjmowała do wiadomości, że to był Jamie. Że Jamie zginął. Wiedziałaby, gdyby to był on. Czułaby to. Nie płakała też nigdy po pogrzebie. Minęło sześć lat, a jej oczu ani razu nie zamgliły łzy.
Zza drzew wyłoniła się ulica, przy której mieszkała. Była to szosa, którą wjeżdżało się do miasta, lecz była rzadko uczęszczana. Ulica ta ciągnęła się przez całe Riverville, a wzdłuż niej znajdowały się domy. Winetropów, jako pierwszy, oddalony był kilkadziesiąt metrów od następnego.
Nie był to duży budynek, lecz zdecydwanie za duży dla zaledwie dwóch osób. Stary i drewniany, pomalowany na biało, poza okiennicami, drzwiami i dachówkami, które były w zielonym, lekko wytartym kolorze. Na trwaniku przed domem stała kolecja krasnali ogrodowych projektu Katherine – był tam zatem krasnal Hitler, krasnal Lucyfer i krasnal jednrożec. Było też kilka innych, poprzebieranych za różne disneyowskie postacie.
Kate weszła do domu. Jej matka siedziała naprzeciwko wejścia, przy stole w jadalni. Joanne Winetrop pracowała jako architekt i wyglądała starzej niż powinna. Mając zaledwie czterdzieści lat, była już prawie osiwiała. Na szczęście jej mysie włosy dobrze to maskowały. Dookoła oczu powstało mnóstwo zmarszczek, nie tylko tych od śmiechu.
Teraz jednak uśmiechała się niepewnie do córki, ściągającej glany z wyraźną złością w swoich ruchach.
- Dzwonił do mnie dyrektor – zakomunikowała. – Powiedział, że pobiłaś Amandę Beckefeller. To prawda?
Katherine niechętnie uniosła wzrok na matkę.
- Zasłużyła – powiedziała tylko, ściągając zamaszyście drugiego glana.
- W to nie wątpię – przytaknęła Joanne. – Nie twierdzę również, że Amanda Beckefeller generalnie nie zasłużyła na pożądne lanie. Ale czy musiałaś zrobić to ty? I to w dodatku w szkole?
Dziewczyna wzruszyła ramionami. Przeszła przez przedpokój i jadalnię do kuchni otwartej na urządzony kolorowo salon i stół, przy którym siedziała matka. Na pomalowanych na pomarańczowo, żółto i zielono ścianach wisiały obrazy, maski i inne pamiątki z wieloletnich podróży Joanne. Na szafkach porozwalane były książki, a obok nich najróżniejsze rośliny – przy zbiorze powieści kryminalnych (wśród nich zawieruszyło się też kilka romansów) dumnie stała bazylia, encyklopedie i inne naukowe brednie zasłonięte były przez kilka doniczek uroczych kwiatków o uroczej nazwie „Blue Wonder”. Na podłodze leżał różowy dywan. Był tak mięciutki, że za każdym razem, kiedy Kate siedziała na dole, trzymała w nim stopy, żeby było im cieplej.
Teraz powoli siorbała sok pomarończowy z kartonu, patrząc na mamę, która wciąż oczekiwała od córki odpowiedzi. Tamta tylko stukała czarnymi paznokciami w drewniany blat.
- No więc? – Joanne lekko uniosła jedną brew. Była to u niej zarówno oznaka irytacji, jak i niepokoju. – Wierzę, że cię sprowokowała. Naprawdę ci wierzę, ale dobrze wiesz, jak takie zachowania się kończą. Nie możesz tak po prostu rzucać się na innych ludzi.
- Właściwie to mogę. W końcu to dziś zrobiłam.
Joanne westchnęła w odpowiedzi.
- Martwię się o ciebie, skarbie – powiedziała smutnym głosem typowym dla matek.
Katherine zacisnęła usta i ze szklanką w ręce przeszła do salonu, gdzie usiadła na kanapie i bez słowa włączyła telewizor. Nie lubiła, kiedy mama przybierała ten ton. Powodował on u niej wyrzuty sumienia i chęć wypłakania w ramię matki wszystkiego, co jej ciążyło na sercu. Lecz wiedziała, że to tylko zraniłoby Joanne. Wspominanie o Jamiem czy ojcu było zwyczajnie zbyt bolesne dla kobiety.
Dziewczyna zaczęła skakać po kanałach. Na chwilę zatrzymała się na „Simpsonach”, a następnie na Animal Planet, jednak i jedno, i drugie szybko jej się znudziło. Wreszcie zatrzymała się na wiadomościach, gdzie jakiś nowy spiker przybrał sztuczną, ponurą minę. To kiepskie udawanie głębokich uczuć było najlepszym lekarstwem na zły humor Katherine, gdyż uważała to za wibitnie zabawne.
- Dziś w nocy, w północnej części Durham doszło do potężnego pożaru jednego z magazynów. W budynku w chwili katastrofy było trzech pracowników. Dwóch z nich trafiła do szpitala z ciężkimi oparzeniami, obaj są w stanie stabilnym, trzeci zginął na miejscu. Ogień wybuch około godziny pierwszej w nocy z niewiadomych przyczyn. Początkowe dochodzenie nie znalazło przyczyny pożaru, więc na chwilę obecną podejrzewane jest podpalenie. Nie ma na to dodatkowych dowodów. Łączymy się z naszą dziennikarką znajdującą się w Durham.
Katherine poczuła lekkie mdłości na myśl o pożarze i stwierdziła, że nie chce dłużej tego oglądać. Przełączyła telewizor, kiedy na ekranie pojawiła się ładna brunetka z podobnym do prezentera, ponurym wyrazem twarzy.
Joanne tymaczas siedziała wyprostowana przy stole. Wzrok miała utkwioy w telewizor. Twarz zmieniła kolor na biały. Jej oczy wyrażały przerażenie. Ręcę lekko się trzęsły. Gdyby Kate spojrzała w tym momencie na swoją matkę, prawdopodbnie by jej nie poznała.

***

Katherine siedziała na swoim łóżku. Dookoła niej walały się najróżniejsze papiery. Na podłodze leżał włączony laptop. Przed nią znajdowało się kilka książek – zamkniętych i otwatych. Były to pozostałości po odrabianiu prac doomowych. Zabrała się do nich o północy, po tym, jak ucięła sobie prawie dwugodzinną drzemkę. To, plus wielki kubek czarnej kawy, spowodowało, że teraz była rozbudzona, w o wiele lepszym humorze niż wcześnie i całkowicie nie w nastroju do pójścia spać.
Na ugiętych kolanach opierała gruby zeszyt. Z włosami opadającymi jej na twarz pisała o wróżkach, smokach i jednorożcach. Zeszyt pełny był jej opowiadań, przemyśleń i wierszy. Czasem opisywała codzienne życie, czasem magiczne krainy, jednak za każdym razem efekt tego był taki sam – od razu robiło jej się lżej na sercu.
Przez całe życie czuła się, jakby znajdowała się w złym miejscu o złym czasie. Już jako małe dziecko uważała, że coś jest z nią nie tak, że jest inna od rówieśników. Zawsze miała najwięcej do powiedzenia, zawsze miała gwałtowny temperament. Była nazywana różnie – upartą, wolnym duchem, zadziorną.
Od odejścia ojca i śmierci Jamiego zamknęła się w sobie i z każdym rokiem, z każdym dniem czuła się, jakby jakieś niewidzialne ściany otaczały ją coraz ciaśniej. Tylko po to, żeby pewnego dnia mogły ją zgnieść.
Jednak z długopisem w ręku, w swoim małym, ciemnym pokoiku, czuła się naprawdę dobrze. Ciemne meble, czarne ściany, plakaty zespołów i seriali. Dookoła porozrzucane jej ubrania, buty i najróżniejsze papiery. Było to jej własne, ukochane terytorium, na którym czuła się swojsko i bezpiecznie.
Zadzwonił telefon, a ona poderwała gwałtownie głowę. Nie dzwonił do niej nikt poza mamą i Johnnym Snowem, kujonem, z którym chodziła na kilka lekcji, przez co dzwonił do niej czasem, kiedy nie było go w szkole. Fakt, że on też był nielubiany przez ogół uczniów, zmusił go do utrzymywania kontaktu z Katherine, co nie podobało się żadnemu z nich.
Jednak Johnny nie dzwoniłby o tej porze.
Spojrzała na wyświetlacz. Nieznany numer. Przez chwilę zastanawiała się nad odrzuceniem połączenia, jednak koniec końców wzruszyła ramionami i nacisnęła zieloną słuchawkę.
- Halo? – spytała. Przez moment nikt jej nie odpowiadał. Już chciała się rozłączyć, kiedy jakiś ochrypły, dziwnie znajomy głos z dziwaczną mieszaniną australijskiego, brytyjskiego i amerykańskiego akcentu, zapytał:
- Katherine Winetrop?
- A kto pyta?
Osoba po drugiej stronie się rozłączyła. Kate spojrzała ze zdziwieniem na telefon. Normalna osoba na jej miejscu zapewne wystraszyłaby się, gdyby zadzwonił do niej ktoś obcy, znając jej imię i nazwisko, lecz Katherine jedynie zaczęła się zastanawiać na tym, skąd mogła znać ten głos. Szybko doszła do wniosku, że zapewne ktoś ze szkoły postanowił zrobić jej żart.
Postanowiła, że pójdzie już spać. Gdy wstała, żeby zgasić stojącą na biurku lamkę, wydało jej się, że kątem oka zobaczyła postać stojącą po drugiej stronie ulicy. Jednak kiedy wyjżała przez okno, nikogo nie zobaczyła. Chwilę stała przy oknie, wpatrując się w ciemność, lecz kiedy nic nie dostrzegła, postanowiła zapomniec o tym i pójść spać, licząc, że w nocy nie zabije jej żaden psychopata.

***

Katherine powoli przeżuwała kanapkę. Rano niezbyt patrzyła, co do niej pakuje, więc teraz z niezadowoleniem zorientowała się, że dała jednocześnie tuńczyka i szynkę, a zamiast masła użyła jakiejś pasty. Odłożyła jedzenie z obrzydzeniem i zaczęła popijać kupiony przed chwilą sok.
Siedziała w szkolnej stołówce, otoczona przez szum rozmów innych uczniów. Nie zwracała na nich zbytniej uwagi, zajęta przygotowywaniem się psychicznie na lekcję matematyki, którą miała już za dziesięć minut.
Nawet nie zauważyła, kiedy na krześle obok niej usiadł wysoki chłopak o włosach w kolorze ciemnego blondu i o szarych oczach. Miał na sobie luźne dżinsy i bordowy T-shirt, a przez ramię zawieszoną wypchaną torbę, którą z lekkim stęknięciem odstawił na ziemię. Przez moment tylko bawił się kryształowym wisiorkiem w kształcie trójzęba, który miał na szyi. Jednak po chwili odchrząknął, raz, drugi, trzeci, aż wreszcie udało mu się ściągnąć na siebie uwagę Katherine.
Spojrzała na niego ze zdzwieniem wymieszanym z wrogością.
- Szukasz tu czegoś? – zapytała głosem ociekającym sarkazmem, jednocześnie oglądając go od góry do dołu.
- Ty jesteś Katherine Winetrop? – skinęła głową, a jego usta wykrzywiły się w imitacji uśmiechu. – A zatem mam przyjemność robić z tobą projekt na angielski.
- Ach, tak. Pamiętam – Kate pół jęknęła, pół westchnęła. – Ale nie znaczy to, że musisz ze mną siedzieć na stołówce.
Chłopak uśmiechął się szerzej niż wcześniej, przez co Kate była zmuszona do powstrzymania ataku agresji. Nowy widocznie jeszcze nic o niej nie usłyszał od innych osób w szkole i nie wiedział, że ona nie ma zamiaru ani się z nim zaprzyjaźniać, ani wdawać w konwersacje. Wkrótce on odkryje, że sam tego nie chce.
- A co jeśli chcę z tobą siedzieć na stołówce? – zapytał, ruszając brwiami w sposób, który był zarówno zabawny, jak i niezwykle irytujący.
- Cóż, ja tego nie chcę, więc możesz już sobie iść. Jeśli rzeczwiśnie chcesz pomóc przy tym projekcie, możemy spotkać się po lekcjach w bibliotece. Teraz – spadaj.
Nowy zrobił zdziwioną minę. Był dość przystojny, więc raczej nie przyzwyczaił się do tego, by dziewczyny nie chciały z nim rozmawiać.
- Jestem William Donwell – przedstawił się po odzyskaniu rezonu.
- Wspaniale. Co mam zrobić z tą informacją?
William wyciągnął z kieszeni spodni kawałek kartki i długopis. Napisał coś i położył koło niej na stole.
- To mój numer telefonu, jakbyś chciała się ze mną skontaktować w sprawie projektu – powiedział i zaczął wstawać. Kate już na niego nie zwracała uwagi. Przeglądała zeszyt od matematyki leżący przed nią. – Masz błąd w ostatnim zadaniu – rzucił jeszcze chłopak, patrząc jej przez ramię, a następnie wziął torbę z ziemi i odszedł.
Katherine spojrzała ze zmarszczonymi brwiami na skrytykowane przez niego działanie. W myślach zrobiła kilka obliczeń i z prychnięciem poprawiła błąd. Gwałtownym ruchem zabrała ze stołu karteczkę z numerem i wsadziła ją do kieszeni spodni.

***

Ku rozpaczy Katherine, William miał z nią większość lekcji. Gorzej, na ostatniej, którą tego dnia była literatura angielska, usiadł przed nią w przedostatniej ławce. Kiedy zabrzmiał dzwonek i wszyscy zaczęli się podnosić, on odwrócił się do niej z uśmiechem.
- To co? – zapytał radosnym tonem. – Idziemy robić ten projekt?
- Nie spodziewałam się po tobie takiego zapału – wycedziła, patrząc na niego spode łba.
Razem wyszli z klasy i skierowali się w stronę biblioteki, która znajdowała się w drugim skrzydle szkoły, więc dość daleko od klasy, w której się obecnie znajdowali. Trzeba było minąć i salę giimnastyczną, i pracownie naukowe, i sekretariat z gabinetem dyrektora.
Pod tym ostatnim stał, opierając się o ścianę z ponurą miną, Marco Cheetwood. Za Kate wszyscy w miasteczku nie przepadali, jego wszyscy się bali. Czarne, skórzane kurtki, ciężkie, wojskowe buty i czarne włosy opadające na oczy – to wszystko sprawiało, że wyglądał przerażająco. Lecz plotki, jakie o nim krążyły ustaliły jego mroczny wizerunek. Kiedy ktoś był pobity i nie chciał powiedzieć, kto mu to zrobił, wszystkie podejrzenia padały na Marco. A on nigdy nie przeczył. Ewentualnie uśmiechał się ze złowrogim błyskiem w oku. Gdy jednej z pań piekących ciasteczka do kółka kościelnego zaginął pies, Marco został oskarżony o zabicie zwierzęcia na czarnej mszy. Chłopak również wtedy nie zaprzeczył.
Co do Kate, nie była pewna, czy się go boi. Nigdy nie został na niczym przyłapany – jedynie na grożeniu. Był od niej o rok starszy, więc nie miała z nim dużo kontaktu, lecz kiedy raz przez przypadek wpadła na niego wychodząc ze sklepu, ich spojrzenia na moment się spotkały i nie zobaczyła w nich wrogości. Zdawało jej się nawet, że usłyszała wymamrotane cicho „przepraszam”.
Teraz, kiedy mijała go z Williamem idącym tuż za nią, podniósł na nich wzrok. Jego oczy wyrażały obojętność. Najpierw spojrzał na nią, potem na Williama. Po chwili stracił nimi zainteresowanie.
Gdy wreszcie doszli do celu, zostali powitani przez głębokie westchnięcie, które wyrwało się bibliotekarce na widok Katherine. Nie były w dobrych stosunkach. Szkolna biblioteka o tej porze dnia była pełna uczniów kręcących się między półkami lub siedzących przy komputerach i poszukujących materiałów do prac domowych oraz dodatkowych. W niektórych kątach pary obściskiwały się namiętnie.
Katherine i William usiedli przy ostatnim wolnym stole. Dziewczyna wyjęła zeszyt od angielskiego i  zaczęła szukać tematu projektu semestralnego.
- Kim był ten koleś? Ten pod sekretariatem?
Kate uniosła zdziwiony wzrok na chłopaka.
- Jeśli ci się podoba, radzę znaleźć sobie inną sympatię – rzuciła z przekąsem, a kiedy zobaczyła, że on wciąż czeka na odpowiedź, powiedziała: - To Marco Cheetwood. Miejscowy przyszły morderca. A co?
William wzruszył ramionami.
- Nic. Tak pytałem.
Uniosła jedną brew, robiąc minę wskazującą na to, że mu nie wierzy, lecz nic nie powiedziała. Zamiast tego znalazła wreszcie stronę, na której miała zapisany temat. „Życie i twórczość wybranego pisarza amerykańskiego (autora jednej z tegorocznych lektur)”. Uśmiechnęła się zadowolona i podsunęła zeszyt Williamowi, żeby pokazać mu, co muszą robić.
- Fitzgerald – zakomunikowała dobitnie.
Chłopak chwilę się zastanawiał, jednocześnie robiąc najdziwniejsze miny, za które Kate miała ochotę go trzepnąć. Wreszcie wzruszył ramionami.
- Może być – powiedział i bez żadnego słowa więcej, wstał i ruszył w stronę półek podpisanych „Biografie i pamiętniki”.
Kate już miała wstawać za nim, kiedy poczuła na plecach dziwny dreszcz, który przebiegł wzdłóż jej kręgosłupa i pozostawił z bijącym sercem. Okno otworzyło się gwałtownie i do środka wdarło sie chłodne jesienne powietrze rozwiewając dookoła kartki i powodujące zirytowane krzyki innych uczniów. Ktoś zawołał, żeby zamknąć okno i po dłuższej chwili inna osoba to zrobiła.
Katherine jednak wciąż stała w tym samym miejscu, nie mogąc się ruszyć. Nie wiedziała, co tak na nią wpłynęło. Lecz gdy podniosła wzrok, ujrzała Williama stojącego między regałami książek i wpatrującego się w nią intesywnym spojrzeniem, jakby potrafił czytać jej w myślach. Kiedy na niego spojrzała, odwrócił się i zniknął między półkami. A ona zmusiła swoje nogi do ruchu i również ruszyła na poszukiwanie przydatnych książek.
Do końca dnia nie mogła się na niczym skupić, co chwila popadając w dziwny letarg, w trakcie którego jej myśli krążyły chaotycznie. Czuła, że coś się zaczynało. Nie wiedziała co, ale czuła to w kościach.
Natomiast w nocy po raz pierwszy przyśnił jej się ten sen.


~~~


Oto i Rozdział Pierwszy. Przyznam się, że jestem z niego w miarę zadowolona (i oczywiście nie ma to nic wspólnego z faktem, że pierwszy raz od miesiąca ruszyłam D i coś napisałam). Mam nadzieję, że tym razem nie poddam się lawinie nauki i wytrwam z pisaniem tej historii do końca. Choć już jutro mam pierwszy sprawdzian z łaciny. Jupi!
Rozdziały będą pojawiać się co trzy lub cztery tygodnie, z nielicznymi wyjątkami.
Pozdrawiam i miłej szkoły życzę,

Juliet.

6 komentarzy:

  1. Kocham Twój szablon <3 Uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam <3
    Szczerze mówiąc, nie pamiętam nic z pierwszej wersji tego opowiadania :< Ale ta wersja na bank już mi się podoba, a w szczególności uwielbiam Williama *.* Cud, miód, malina :D Co do Kate... Sama nie wiem, główna bohaterka i wgl, ale jakoś mam do niej mieszane uczucia. Może dlatego, że jest taka zamknięta w sobie, oziębła? A może to po prostu pierwsze wrażenie i przy kolejnym rozdziale ją pokocham.
    Czytało się lekko i zdecydowanie zbyt szybko, o tak, rozdział przeminął mi w mgnieniu oka i pozostał lekki niedosyt, a jak przeczytałam że rozdziały będą pojawiały się co trzy-cztery tygodnie to miałam ochotę zacząć rzucać poduszkami po całym pokoju XD Koniecznie tak rzadko? :(
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może czasem rozdziały będą częściej. Wszystko zależy od weny - kiedy jest, lekcje odchodzą na drugi plan. Ten rozdział, na przykład, napisałam w zaledwie trzy dni, choć miałam duuuuuużo prac domowych.
      Tak więc zobaczymy :)
      No i oczywiście cieszę się, że Ci się podobało :D

      Usuń
  2. Kate jest przecudownie wykreowaną postacią, lubię takie oziębłe osoby, które pewnie z czasem w pewnym sensie się otworzą :) co do Williama... No lepszego bohatera nie mogłaś wybrać :D Ciastko, ciastko, ciastko <3 Co do ilości dodawanych rozdziałów to wiem co czujesz, bo ja sama kiedy chodziłam do szkoły to publikowałam coś raz na miesiąc albo nawet dwa.
    Cieszę się, że zostawiłaś swój adres u mnie na blogu, bo bez tego pewnie bym tu nie dotarła :) Także z czystym sercem możesz mnie informować o nowościach, w tej samej zakładce no i zapraszam też do siebie :)
    [ irreplaceable-gentleness.blogspot.com ]

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo spodobała mi się postać Kate, jest osobą bardzo podobną do mnie. Powiem po polsku i prosto z mostu : dziewczyna nie da sobie w kaszę dmuchać !
    William ~ fajna, pozytywna postać, a na dodatek to Tom Felton !
    Znalazłaś kolejną, stałą czytelniczkę !
    Layls
    dramione-teatr-uczuc.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Wpadłam na Twojego bloga przez SPAM zostawiony w u mnie i nie żałuję. Przeciwnie.
    Bardzo podoba mi się to opowiadanie. Chociaż na razie jest tu tylko pierwszy rozdział, widać, że masz wielki talent. Piszesz strasznie długie rozdziały, co uwielbiam. Ja osobiście tak nie umiem.
    Kate jest dosyć agresywną i gwałtowną postacią, ale przypadła mi do gustu. Cieszę się, że nie jest jakąś właśnie cheerleaderką czy coś.
    William. Powiem krótko, mam nadzieję, że po skończeniu projektu się od niej nie odczepi. Trochę ją wnerwia, choć myślę, że to z czasem minie. (A może nie?)
    Hmm... Jestem ciekawa co się właściwie stało w tej bibliotece. Powiew wiatru, niby normalne zjawisko, tylko dlaczego Katherine tak na nie zareagowała? Wszystko owiane jest tajemnicą. I dobrze. Uwielbiam takie blogi.

    Pozdrawiam,
    Annabel

    OdpowiedzUsuń
  5. Podoba mi się postać Kate, tak jak z tego co widzę poprzednim komentującym. Jest interesująca. Ma chłodną postawę, ale w środku na pewno jest zupełnie inna. Lekko się z nią utożsamiam, może dlatego też poczułam, że 'jest mi bliska', jeśli tak to mogę ująć. I coś czuje, ze ten William ją poskromi. Aż dziwne że z oburzeniem od razu od niej nie poszedł, faceci są gorsi niż dzieci. A on mi się podoba. Do tego ta aura tajemniczości w bibliotece. Ekstra. Zaciekawiłaś mnie, nie powiem. I o jaki sen chodzi? Musisz jak najszybciej wstawić kolejny rozdział, inaczej dostane kociokwiku z niecierpliwości. Czytałam Twoje poprzednie opowiadanie, mimo, że nie zawsze znalazłam pomysł lub czas na komentarz. Teraz mam nadzieję, że się poprawie, a Ty będziesz mnie powiadamiać, jak tylko coś wstawić ;)

    [drzewo-jadu.blogspot.com]

    OdpowiedzUsuń