Woda w strumieniu płynęła spokojnie. Niestraszne
jej były kamienie i ostre zakręty, dążyła wciąż przed siebie. Było w tym jakieś
niesamowite, ukryte piękno. Szum wypełniał ciszę. Dookoła nic, tylko las. W chłodnym powietrzu czuć było zapach sosny.
Na ziemi leżały liście nielicznych drzew liściastych i lekko chrzęściły pod
nogami, kiedy stąpała po nich szczupła blondynka, w co większe grupki kopiąc
stopami ubranymi w czarne glany pomazane korektorem.
Katherine idąc, machała dookoła siebie torbą
wypchaną szkolnymi podręcznikami. Wzrok miała utkwiony przed siebie, nie
zwracała uwagi ani na drzewa, ani na strumień. Była zdecydowanie w złym
humorze. Dzień zaczął się od oświadczenia nauczyciela od angielskiego, że
projekt semestralny będzie musiała robić z jakimś nowym, bogatym dzieciakiem.
Świetnie.
Później matematyczka prawiła jej kazanie, jak to
ona się nie stara i marnuje swój tajent. Wspaniale.
Na sam koniec wdała się w kłótnię z Amandą
Beckefeller, która stwierdziła, że nie dziwi się, iż Katherine i jej matka
mieszkają same, bo nikt nie chciałby mieć nic wspólnego z dwiema wariatkami. Po
chwili dodała, że opuszczenie ich było prawdopodbnie najlepszą życiową decyzją
ojca Kate, a jej braciszek miał szczęście, iż zginął.
Po tych słowach blondynka rzuciła się na
cheerleaderkę, łamiąc jej nos i podbijając oko. Zostałaby prawdopodobnie
zawieszona, gdyby nie fakt, że a) dyrektor ją lubi i b) wszyscy wiedzą, że dla
niej to nie byłaby żadna kara.
Katherine Winetrop była znana w Riverville ze
swojej aspołeczności, agresywności i nienawiści do dziewięćdziesięciu
dziewięciu procent populacji. Społeczności w małych miejscowościach mają
zwyczaj do bycia nad wyraz religijnymi i nie inaczej było w Riverville. Zatem
nie ma co się dziwić, iż osoba ubierająca się cała na czarno, słuchająca punku
i metalu, a w dodatku nie chodząca do kościoła, nie będzie tu mile widziana. W
skrócie: Katherine nie lubiła ludzi z Riverville i ludzie z Riverville nie lubili
Katherine.
Lecz nie zawsze tak było. Kiedy Kate miała zaledwie
jedenaście lat, jej mały brat, Jamie, zginął w pożarze. Miała się nim opiekować
pod nieobecność matki. Wyjechała rowerem do sklepu. Nie było jej zaledwie
piętnaście minut. Te piętnaście minut zmieniło ją całkowicie.
Kiedy pedałowała w stronę domu, minęła ją straż
pożara. Gdy zajechała pod budynek, zaczęli już gasić ogień. Płakała, krzyczała,
drapała i gryzła. Robiła wszystko, żeby dostać się do środka. Dopiero kiedy z
płomieni wyszedł jeden ze strażaków, niosąc w rękach coś, co nie mogło być jej
bratem, zamilkła. Nie odwracała wzroku, dopóki stojąca obok niej blada
sąsiadka nie przyciągnęła jej do siebie.
Na pogrzebie Katherine nie płakała – nie
przyjmowała do wiadomości, że to był Jamie. Że Jamie zginął. Wiedziałaby, gdyby
to był on. Czułaby to. Nie płakała też nigdy po pogrzebie. Minęło sześć lat, a
jej oczu ani razu nie zamgliły łzy.
Zza drzew wyłoniła się ulica, przy której
mieszkała. Była to szosa, którą wjeżdżało się do miasta, lecz była rzadko
uczęszczana. Ulica ta ciągnęła się przez całe Riverville, a wzdłuż niej
znajdowały się domy. Winetropów, jako pierwszy, oddalony był kilkadziesiąt
metrów od następnego.
Nie był to duży budynek, lecz zdecydwanie za duży
dla zaledwie dwóch osób. Stary i drewniany, pomalowany na biało, poza
okiennicami, drzwiami i dachówkami, które były w zielonym, lekko wytartym
kolorze. Na trwaniku przed domem stała kolecja krasnali ogrodowych projektu
Katherine – był tam zatem krasnal Hitler, krasnal Lucyfer i krasnal jednrożec.
Było też kilka innych, poprzebieranych za różne disneyowskie postacie.
Kate weszła do domu. Jej matka siedziała
naprzeciwko wejścia, przy stole w jadalni. Joanne Winetrop pracowała jako
architekt i wyglądała starzej niż powinna. Mając zaledwie czterdzieści lat,
była już prawie osiwiała. Na szczęście jej mysie włosy dobrze to maskowały.
Dookoła oczu powstało mnóstwo zmarszczek, nie tylko tych od śmiechu.
Teraz jednak uśmiechała się niepewnie do córki, ściągającej
glany z wyraźną złością w swoich ruchach.
- Dzwonił do mnie dyrektor – zakomunikowała. –
Powiedział, że pobiłaś Amandę Beckefeller. To prawda?
Katherine niechętnie uniosła wzrok na matkę.
- Zasłużyła – powiedziała tylko, ściągając
zamaszyście drugiego glana.
- W to nie wątpię – przytaknęła Joanne. – Nie
twierdzę również, że Amanda Beckefeller generalnie
nie zasłużyła na pożądne lanie. Ale czy musiałaś zrobić to ty? I to w
dodatku w szkole?
Dziewczyna wzruszyła ramionami. Przeszła przez
przedpokój i jadalnię do kuchni otwartej na urządzony kolorowo salon i stół,
przy którym siedziała matka. Na pomalowanych na pomarańczowo, żółto i zielono
ścianach wisiały obrazy, maski i inne pamiątki z wieloletnich podróży Joanne.
Na szafkach porozwalane były książki, a obok nich najróżniejsze rośliny – przy
zbiorze powieści kryminalnych (wśród nich zawieruszyło się też kilka romansów)
dumnie stała bazylia, encyklopedie i inne naukowe brednie zasłonięte były przez
kilka doniczek uroczych kwiatków o uroczej nazwie „Blue Wonder”. Na podłodze
leżał różowy dywan. Był tak mięciutki, że za każdym razem, kiedy Kate siedziała
na dole, trzymała w nim stopy, żeby było im cieplej.
Teraz powoli siorbała sok pomarończowy z kartonu,
patrząc na mamę, która wciąż oczekiwała od córki odpowiedzi. Tamta tylko
stukała czarnymi paznokciami w drewniany blat.
- No więc? – Joanne lekko uniosła jedną brew. Była
to u niej zarówno oznaka irytacji, jak i niepokoju. – Wierzę, że cię
sprowokowała. Naprawdę ci wierzę, ale dobrze wiesz, jak takie zachowania się
kończą. Nie możesz tak po prostu rzucać się na innych ludzi.
- Właściwie to mogę. W końcu to dziś zrobiłam.
Joanne westchnęła w odpowiedzi.
- Martwię się o ciebie, skarbie – powiedziała
smutnym głosem typowym dla matek.
Katherine zacisnęła usta i ze szklanką w ręce
przeszła do salonu, gdzie usiadła na kanapie i bez słowa włączyła telewizor.
Nie lubiła, kiedy mama przybierała ten ton. Powodował on u niej wyrzuty
sumienia i chęć wypłakania w ramię matki wszystkiego, co jej ciążyło na sercu.
Lecz wiedziała, że to tylko zraniłoby Joanne. Wspominanie o Jamiem czy ojcu
było zwyczajnie zbyt bolesne dla kobiety.
Dziewczyna zaczęła skakać po kanałach. Na chwilę zatrzymała
się na „Simpsonach”, a następnie na Animal Planet, jednak i jedno, i drugie
szybko jej się znudziło. Wreszcie zatrzymała się na wiadomościach, gdzie jakiś
nowy spiker przybrał sztuczną, ponurą minę. To kiepskie udawanie głębokich
uczuć było najlepszym lekarstwem na zły humor Katherine, gdyż uważała to za
wibitnie zabawne.
- Dziś w nocy, w północnej części Durham doszło do
potężnego pożaru jednego z magazynów. W budynku w chwili katastrofy było trzech
pracowników. Dwóch z nich trafiła do szpitala z ciężkimi oparzeniami, obaj są w
stanie stabilnym, trzeci zginął na miejscu. Ogień wybuch około godziny pierwszej
w nocy z niewiadomych przyczyn. Początkowe dochodzenie nie znalazło przyczyny
pożaru, więc na chwilę obecną podejrzewane jest podpalenie. Nie ma na to
dodatkowych dowodów. Łączymy się z naszą dziennikarką znajdującą się w Durham.
Katherine poczuła lekkie mdłości na myśl o pożarze
i stwierdziła, że nie chce dłużej tego oglądać. Przełączyła telewizor, kiedy na
ekranie pojawiła się ładna brunetka z podobnym do prezentera, ponurym wyrazem
twarzy.
Joanne tymaczas siedziała wyprostowana przy stole.
Wzrok miała utkwioy w telewizor. Twarz zmieniła kolor na biały. Jej oczy
wyrażały przerażenie. Ręcę lekko się trzęsły. Gdyby Kate spojrzała w tym
momencie na swoją matkę, prawdopodbnie by jej nie poznała.
***
Katherine siedziała na swoim łóżku. Dookoła niej
walały się najróżniejsze papiery. Na podłodze leżał włączony laptop. Przed nią
znajdowało się kilka książek – zamkniętych i otwatych. Były to pozostałości po
odrabianiu prac doomowych. Zabrała się do nich o północy, po tym, jak ucięła
sobie prawie dwugodzinną drzemkę. To, plus wielki kubek czarnej kawy,
spowodowało, że teraz była rozbudzona, w o wiele lepszym humorze niż wcześnie i
całkowicie nie w nastroju do pójścia spać.
Na ugiętych kolanach opierała gruby zeszyt. Z
włosami opadającymi jej na twarz pisała o wróżkach, smokach i jednorożcach.
Zeszyt pełny był jej opowiadań, przemyśleń i wierszy. Czasem opisywała
codzienne życie, czasem magiczne krainy, jednak za każdym razem efekt tego był
taki sam – od razu robiło jej się lżej na sercu.
Przez całe życie czuła się, jakby znajdowała się w
złym miejscu o złym czasie. Już jako małe dziecko uważała, że coś jest z nią
nie tak, że jest inna od rówieśników. Zawsze miała najwięcej do powiedzenia,
zawsze miała gwałtowny temperament. Była nazywana różnie – upartą, wolnym
duchem, zadziorną.
Od odejścia ojca i śmierci Jamiego zamknęła się w
sobie i z każdym rokiem, z każdym dniem czuła się, jakby jakieś niewidzialne
ściany otaczały ją coraz ciaśniej. Tylko po to, żeby pewnego dnia mogły ją
zgnieść.
Jednak z długopisem w ręku, w swoim małym, ciemnym
pokoiku, czuła się naprawdę dobrze. Ciemne meble, czarne ściany, plakaty
zespołów i seriali. Dookoła porozrzucane jej ubrania, buty i najróżniejsze
papiery. Było to jej własne, ukochane terytorium, na którym czuła się swojsko i
bezpiecznie.
Zadzwonił telefon, a ona poderwała gwałtownie
głowę. Nie dzwonił do niej nikt poza mamą i Johnnym Snowem, kujonem, z którym
chodziła na kilka lekcji, przez co dzwonił do niej czasem, kiedy nie było go w
szkole. Fakt, że on też był nielubiany przez ogół uczniów, zmusił go do
utrzymywania kontaktu z Katherine, co nie podobało się żadnemu z nich.
Jednak Johnny nie dzwoniłby o tej porze.
Spojrzała na wyświetlacz. Nieznany numer. Przez
chwilę zastanawiała się nad odrzuceniem połączenia, jednak koniec końców
wzruszyła ramionami i nacisnęła zieloną słuchawkę.
- Halo? – spytała. Przez moment nikt jej nie
odpowiadał. Już chciała się rozłączyć, kiedy jakiś ochrypły, dziwnie znajomy
głos z dziwaczną mieszaniną australijskiego, brytyjskiego i amerykańskiego
akcentu, zapytał:
- Katherine Winetrop?
- A kto pyta?
Osoba po drugiej stronie się rozłączyła. Kate
spojrzała ze zdziwieniem na telefon. Normalna osoba na jej miejscu zapewne
wystraszyłaby się, gdyby zadzwonił do niej ktoś obcy, znając jej imię i
nazwisko, lecz Katherine jedynie zaczęła się zastanawiać na tym, skąd mogła znać
ten głos. Szybko doszła do wniosku, że zapewne ktoś ze szkoły postanowił zrobić
jej żart.
Postanowiła, że pójdzie już spać. Gdy wstała, żeby
zgasić stojącą na biurku lamkę, wydało jej się, że kątem oka zobaczyła postać
stojącą po drugiej stronie ulicy. Jednak kiedy wyjżała przez okno, nikogo nie
zobaczyła. Chwilę stała przy oknie, wpatrując się w ciemność, lecz kiedy nic
nie dostrzegła, postanowiła zapomniec o tym i pójść spać, licząc, że w nocy nie
zabije jej żaden psychopata.
***
Katherine powoli przeżuwała kanapkę. Rano niezbyt
patrzyła, co do niej pakuje, więc teraz z niezadowoleniem zorientowała się, że
dała jednocześnie tuńczyka i szynkę, a zamiast masła użyła jakiejś pasty.
Odłożyła jedzenie z obrzydzeniem i zaczęła popijać kupiony przed chwilą sok.
Siedziała w szkolnej stołówce, otoczona przez szum
rozmów innych uczniów. Nie zwracała na nich zbytniej uwagi, zajęta
przygotowywaniem się psychicznie na lekcję matematyki, którą miała już za
dziesięć minut.
Nawet nie zauważyła, kiedy na krześle obok niej
usiadł wysoki chłopak o włosach w kolorze ciemnego blondu i o szarych oczach.
Miał na sobie luźne dżinsy i bordowy T-shirt, a przez ramię zawieszoną wypchaną
torbę, którą z lekkim stęknięciem odstawił na ziemię. Przez moment tylko bawił
się kryształowym wisiorkiem w kształcie trójzęba, który miał na szyi. Jednak po
chwili odchrząknął, raz, drugi, trzeci, aż wreszcie udało mu się ściągnąć na
siebie uwagę Katherine.
Spojrzała na niego ze zdzwieniem wymieszanym z
wrogością.
- Szukasz tu czegoś? – zapytała głosem ociekającym
sarkazmem, jednocześnie oglądając go od góry do dołu.
- Ty jesteś Katherine Winetrop? – skinęła głową, a
jego usta wykrzywiły się w imitacji uśmiechu. – A zatem mam przyjemność robić z
tobą projekt na angielski.
- Ach, tak. Pamiętam – Kate pół jęknęła, pół
westchnęła. – Ale nie znaczy to, że musisz ze mną siedzieć na stołówce.
Chłopak uśmiechął się szerzej niż wcześniej, przez
co Kate była zmuszona do powstrzymania ataku agresji. Nowy widocznie jeszcze
nic o niej nie usłyszał od innych osób w szkole i nie wiedział, że ona nie ma
zamiaru ani się z nim zaprzyjaźniać, ani wdawać w konwersacje. Wkrótce on
odkryje, że sam tego nie chce.
- A co jeśli chcę z tobą siedzieć na stołówce? –
zapytał, ruszając brwiami w sposób, który był zarówno zabawny, jak i niezwykle
irytujący.
- Cóż, ja tego nie chcę, więc możesz już sobie iść.
Jeśli rzeczwiśnie chcesz pomóc przy tym projekcie, możemy spotkać się po
lekcjach w bibliotece. Teraz – spadaj.
Nowy zrobił zdziwioną minę. Był dość przystojny,
więc raczej nie przyzwyczaił się do tego, by dziewczyny nie chciały z nim
rozmawiać.
- Jestem William Donwell – przedstawił się po
odzyskaniu rezonu.
- Wspaniale. Co mam zrobić z tą informacją?
William wyciągnął z kieszeni spodni kawałek kartki
i długopis. Napisał coś i położył koło niej na stole.
- To mój numer telefonu, jakbyś chciała się ze mną
skontaktować w sprawie projektu – powiedział i zaczął wstawać. Kate już na
niego nie zwracała uwagi. Przeglądała zeszyt od matematyki leżący przed nią. –
Masz błąd w ostatnim zadaniu – rzucił jeszcze chłopak, patrząc jej przez ramię,
a następnie wziął torbę z ziemi i odszedł.
Katherine spojrzała ze zmarszczonymi brwiami na
skrytykowane przez niego działanie. W myślach zrobiła kilka obliczeń i z
prychnięciem poprawiła błąd. Gwałtownym ruchem zabrała ze stołu karteczkę z
numerem i wsadziła ją do kieszeni spodni.
***
Ku rozpaczy Katherine, William miał z nią większość
lekcji. Gorzej, na ostatniej, którą tego dnia była literatura angielska, usiadł
przed nią w przedostatniej ławce. Kiedy zabrzmiał dzwonek i wszyscy zaczęli się
podnosić, on odwrócił się do niej z uśmiechem.
- To co? – zapytał radosnym tonem. – Idziemy robić
ten projekt?
- Nie spodziewałam się po tobie takiego zapału –
wycedziła, patrząc na niego spode łba.
Razem wyszli z klasy i skierowali się w stronę
biblioteki, która znajdowała się w drugim skrzydle szkoły, więc dość daleko od
klasy, w której się obecnie znajdowali. Trzeba było minąć i salę giimnastyczną,
i pracownie naukowe, i sekretariat z gabinetem dyrektora.
Pod tym ostatnim stał, opierając się o ścianę z
ponurą miną, Marco Cheetwood. Za Kate wszyscy w miasteczku nie przepadali, jego
wszyscy się bali. Czarne, skórzane kurtki, ciężkie, wojskowe buty i czarne
włosy opadające na oczy – to wszystko sprawiało, że wyglądał przerażająco. Lecz
plotki, jakie o nim krążyły ustaliły jego mroczny wizerunek. Kiedy ktoś był
pobity i nie chciał powiedzieć, kto mu to zrobił, wszystkie podejrzenia padały
na Marco. A on nigdy nie przeczył. Ewentualnie uśmiechał się ze złowrogim
błyskiem w oku. Gdy jednej z pań piekących ciasteczka do kółka kościelnego
zaginął pies, Marco został oskarżony o zabicie zwierzęcia na czarnej mszy.
Chłopak również wtedy nie zaprzeczył.
Co do Kate, nie była pewna, czy się go boi. Nigdy
nie został na niczym przyłapany – jedynie na grożeniu. Był od niej o rok
starszy, więc nie miała z nim dużo kontaktu, lecz kiedy raz przez przypadek
wpadła na niego wychodząc ze sklepu, ich spojrzenia na moment się spotkały i
nie zobaczyła w nich wrogości. Zdawało jej się nawet, że usłyszała wymamrotane
cicho „przepraszam”.
Teraz, kiedy mijała go z Williamem idącym tuż za
nią, podniósł na nich wzrok. Jego oczy wyrażały obojętność. Najpierw spojrzał
na nią, potem na Williama. Po chwili stracił nimi zainteresowanie.
Gdy wreszcie doszli do celu, zostali powitani przez
głębokie westchnięcie, które wyrwało się bibliotekarce na widok Katherine. Nie
były w dobrych stosunkach. Szkolna biblioteka o tej porze dnia była pełna
uczniów kręcących się między półkami lub siedzących przy komputerach i
poszukujących materiałów do prac domowych oraz dodatkowych. W niektórych kątach
pary obściskiwały się namiętnie.
Katherine i William usiedli przy ostatnim wolnym
stole. Dziewczyna wyjęła zeszyt od angielskiego i zaczęła szukać tematu projektu semestralnego.
- Kim był ten koleś? Ten pod sekretariatem?
Kate uniosła zdziwiony wzrok na chłopaka.
- Jeśli ci się podoba, radzę znaleźć sobie inną
sympatię – rzuciła z przekąsem, a kiedy zobaczyła, że on wciąż czeka na
odpowiedź, powiedziała: - To Marco Cheetwood. Miejscowy przyszły morderca. A
co?
William wzruszył ramionami.
- Nic. Tak pytałem.
Uniosła jedną brew, robiąc minę wskazującą na to,
że mu nie wierzy, lecz nic nie powiedziała. Zamiast tego znalazła wreszcie
stronę, na której miała zapisany temat. „Życie i twórczość wybranego pisarza
amerykańskiego (autora jednej z tegorocznych lektur)”. Uśmiechnęła się
zadowolona i podsunęła zeszyt Williamowi, żeby pokazać mu, co muszą robić.
- Fitzgerald – zakomunikowała dobitnie.
Chłopak chwilę się zastanawiał, jednocześnie robiąc
najdziwniejsze miny, za które Kate miała ochotę go trzepnąć. Wreszcie wzruszył
ramionami.
- Może być – powiedział i bez żadnego słowa więcej,
wstał i ruszył w stronę półek podpisanych „Biografie i pamiętniki”.
Kate już miała wstawać za nim, kiedy poczuła na
plecach dziwny dreszcz, który przebiegł wzdłóż jej kręgosłupa i pozostawił z
bijącym sercem. Okno otworzyło się gwałtownie i do środka wdarło sie chłodne
jesienne powietrze rozwiewając dookoła kartki i powodujące zirytowane krzyki
innych uczniów. Ktoś zawołał, żeby zamknąć okno i po dłuższej chwili inna osoba
to zrobiła.
Katherine jednak wciąż stała w tym samym miejscu,
nie mogąc się ruszyć. Nie wiedziała, co tak na nią wpłynęło. Lecz gdy podniosła
wzrok, ujrzała Williama stojącego między regałami książek i wpatrującego się w
nią intesywnym spojrzeniem, jakby potrafił czytać jej w myślach. Kiedy na niego
spojrzała, odwrócił się i zniknął między półkami. A ona zmusiła swoje nogi do
ruchu i również ruszyła na poszukiwanie przydatnych książek.
Do końca dnia nie mogła się na niczym skupić, co
chwila popadając w dziwny letarg, w trakcie którego jej myśli krążyły
chaotycznie. Czuła, że coś się zaczynało. Nie wiedziała co, ale czuła to w
kościach.
Natomiast w nocy po raz pierwszy przyśnił jej się
ten sen.
~~~
Oto i Rozdział
Pierwszy. Przyznam się, że jestem z niego w miarę zadowolona (i oczywiście
nie ma to nic wspólnego z faktem, że pierwszy raz od miesiąca ruszyłam D i coś
napisałam). Mam nadzieję, że tym razem nie poddam się lawinie nauki i wytrwam z
pisaniem tej historii do końca. Choć już jutro mam pierwszy sprawdzian z
łaciny. Jupi!
Rozdziały będą pojawiać się co trzy lub cztery tygodnie,
z nielicznymi wyjątkami.
Pozdrawiam i miłej szkoły życzę,
Juliet.
Kocham Twój szablon <3 Uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam <3
OdpowiedzUsuńSzczerze mówiąc, nie pamiętam nic z pierwszej wersji tego opowiadania :< Ale ta wersja na bank już mi się podoba, a w szczególności uwielbiam Williama *.* Cud, miód, malina :D Co do Kate... Sama nie wiem, główna bohaterka i wgl, ale jakoś mam do niej mieszane uczucia. Może dlatego, że jest taka zamknięta w sobie, oziębła? A może to po prostu pierwsze wrażenie i przy kolejnym rozdziale ją pokocham.
Czytało się lekko i zdecydowanie zbyt szybko, o tak, rozdział przeminął mi w mgnieniu oka i pozostał lekki niedosyt, a jak przeczytałam że rozdziały będą pojawiały się co trzy-cztery tygodnie to miałam ochotę zacząć rzucać poduszkami po całym pokoju XD Koniecznie tak rzadko? :(
Pozdrawiam!
Może czasem rozdziały będą częściej. Wszystko zależy od weny - kiedy jest, lekcje odchodzą na drugi plan. Ten rozdział, na przykład, napisałam w zaledwie trzy dni, choć miałam duuuuuużo prac domowych.
UsuńTak więc zobaczymy :)
No i oczywiście cieszę się, że Ci się podobało :D
Kate jest przecudownie wykreowaną postacią, lubię takie oziębłe osoby, które pewnie z czasem w pewnym sensie się otworzą :) co do Williama... No lepszego bohatera nie mogłaś wybrać :D Ciastko, ciastko, ciastko <3 Co do ilości dodawanych rozdziałów to wiem co czujesz, bo ja sama kiedy chodziłam do szkoły to publikowałam coś raz na miesiąc albo nawet dwa.
OdpowiedzUsuńCieszę się, że zostawiłaś swój adres u mnie na blogu, bo bez tego pewnie bym tu nie dotarła :) Także z czystym sercem możesz mnie informować o nowościach, w tej samej zakładce no i zapraszam też do siebie :)
[ irreplaceable-gentleness.blogspot.com ]
Bardzo spodobała mi się postać Kate, jest osobą bardzo podobną do mnie. Powiem po polsku i prosto z mostu : dziewczyna nie da sobie w kaszę dmuchać !
OdpowiedzUsuńWilliam ~ fajna, pozytywna postać, a na dodatek to Tom Felton !
Znalazłaś kolejną, stałą czytelniczkę !
Layls
dramione-teatr-uczuc.blogspot.com
Wpadłam na Twojego bloga przez SPAM zostawiony w u mnie i nie żałuję. Przeciwnie.
OdpowiedzUsuńBardzo podoba mi się to opowiadanie. Chociaż na razie jest tu tylko pierwszy rozdział, widać, że masz wielki talent. Piszesz strasznie długie rozdziały, co uwielbiam. Ja osobiście tak nie umiem.
Kate jest dosyć agresywną i gwałtowną postacią, ale przypadła mi do gustu. Cieszę się, że nie jest jakąś właśnie cheerleaderką czy coś.
William. Powiem krótko, mam nadzieję, że po skończeniu projektu się od niej nie odczepi. Trochę ją wnerwia, choć myślę, że to z czasem minie. (A może nie?)
Hmm... Jestem ciekawa co się właściwie stało w tej bibliotece. Powiew wiatru, niby normalne zjawisko, tylko dlaczego Katherine tak na nie zareagowała? Wszystko owiane jest tajemnicą. I dobrze. Uwielbiam takie blogi.
Pozdrawiam,
Annabel
Podoba mi się postać Kate, tak jak z tego co widzę poprzednim komentującym. Jest interesująca. Ma chłodną postawę, ale w środku na pewno jest zupełnie inna. Lekko się z nią utożsamiam, może dlatego też poczułam, że 'jest mi bliska', jeśli tak to mogę ująć. I coś czuje, ze ten William ją poskromi. Aż dziwne że z oburzeniem od razu od niej nie poszedł, faceci są gorsi niż dzieci. A on mi się podoba. Do tego ta aura tajemniczości w bibliotece. Ekstra. Zaciekawiłaś mnie, nie powiem. I o jaki sen chodzi? Musisz jak najszybciej wstawić kolejny rozdział, inaczej dostane kociokwiku z niecierpliwości. Czytałam Twoje poprzednie opowiadanie, mimo, że nie zawsze znalazłam pomysł lub czas na komentarz. Teraz mam nadzieję, że się poprawie, a Ty będziesz mnie powiadamiać, jak tylko coś wstawić ;)
OdpowiedzUsuń[drzewo-jadu.blogspot.com]