wtorek, 30 września 2014

Rozdział drugi

Chłopak o ciemnych włosach stał w swojej mikroskopijnej kuchni z telefonem w ręce. Palce zaciskały się mocno na urządzeniu, które cudem nie zostało zmiażdżone. Szczęki bruneta były napięte, podobnie jak wszystkie mięśni jego ciała. Z całej jego postaci wręcz promieniował  stres, złość i coś jeszcze, coś w co ciężko było uwierzyć – niepokój.
Kuchnia była zasyfiona. Na meblach osiadł kurz, miejscami widać było plamy zaschniętego jedzenia. W zlewie i na stole stały brudne kubki po kawie i leżały talerze. W kąt rzucone zostały pudełka po pizzy.
Marco patrzył na ten bałagan, jednocześnie go nie widząc. Jego myśli cały czas będziły w stronę Donwellów. Ich obecność tutaj mąciła jego plany całkowicie. Znał powód, dla którego tu przybyli i był gotów zrobić wszystko, żeby im w tym przeszkodzić. Nie wiedział tylko jak. Po wymianie spojrzeń z najmłodszym z rodziny tamtego pierwszego dnia, na korytarzu szkolnym, a potem przy kilku innych przelotnych spotkaniach, zrozumiał, iż Donwellowie również wiedzą, kim on jest, a to utrudniało znacząco sprawę.
Do tego jeszcze rozmowa, którą przed chwilą przeprowadził. Krew wciąż buzowała Cheetwoodowi w żyłach. Miał ochotę czymś rzucić. Walnąć w coś z całej siły. Wyżyć się w jakikolwiek możliwy sposób. Kopnął ze złości w drzwi lodówki z lat dziewięćdziesiątych i usłyszał brzęk spadających z półek puszek i butelek.
Został tu wysłany na samotną katorgę, zdala od ludzi swojego pokroju, a mimo to wciąż był traktowany przez nich jak dziecko. Cisnął telefon na stół. Poczuł coś ciepłego i płynnego w zaciśniętych dłoniach i odkrył, że nieświadomie wbił sobie paznokcie w skórę. Na obu dłoniach miał teraz pięć krwawych śladów. Patrzył na nie przez chwilę. Prychnął. Wyszedł z kuchni, przeszedł przez pokój będący mieszaniną salonu i sypialni, a następnie wypadł na chłodne, nocne powietrze, nie zamykając nawet za sobą drzwi na klucz. Nikt nie odważyłby się go okraść.
Zresztą nawet nie miałby z czego.

***

Katherine siorbała kawę, patrząc na krople deszczu uderzające w okno jej pokoju. Leżała zawinięta w ciepły koc w czerwoną kratę. Nos i oczy też miała czerwone. Jej włosy były potargane. Wyglądała jak siedem nieszczęść. A przecież ona nigdy nie chorowała! Wirusy szalały, a Katherine Winetrop stała nieruszona przez armie zarazków.
Jednak nie tym razem! Tym razem została pokonana przez jakieś okropne choróbsko. Katar sprawiał, że jej nos stracił funkcję oddychania, kaszel wysuszył jej gardło i sprawiał, że czuła, jakby płuca jej wybuchały. Jedyną dobrą rzeczą w tym wszystkim było to, iż matka pozwoliła jej zostać w domu. Mogła spędzić cały dzień na oglądaniu seriali i czytaniu serii „Tunele”, za którą wreszcie udało jej się zabrać.
Kate spojrzała ze smutkiem na dno kubka w kształcie głowy Kermita z Muppetów. Przez moment rozważała, czy nie zejść na dół zrobić sobie więcej kawy. Jednak doszła do wniosku, że nie byłby to dobry pomysł. Wcześniej tak kręciło jej się w głowie, iż cudem nie spadła ze schodów.
Na biurku stała górka książek o Fitzgeraldzie. Część miała strony pozaznaczane kolorowymi karteczkami. Katherine ostatnie dni spędziła głównie na przeglądaniu tych książek, szukaniu ważnych cytatów i interesujących ciekawostek. Codziennie skanowała to, co znalazła i wysyłała to Williamowi. On robił to samo, choć wysyłał znacznie mniej materiałów niż ona. Nie zdziwiło jej to zbytnio.
Katherine z natury była dość leniwa. Zdarzały jej się czasem zrywy nagłej aktywności, lecz nie były one częste. Zwykle ograniczała się do zrobienia minimum pracy domowej, byle nie za dużo. Dlaczego tym razem było inaczej? Tak bardzo była zawascynowana tematem? Owszem. Lubiła Fitzgeralda. Jednak nie aż tak bardzo. Chciała pokazać Williamowi, że zrobi więcej od niego? Pewnie. Ale nie zależało jej na tym tak bardzo.
Powodem tej gorliwości były sny.
Od kiedy kilka dni temu przyśnił jej się pierwszy koszmar, Katherine unikała wszelkiej okazji do pójścia spać, używając każdej możliwej wymówki. Nawet jeśli znaczyło to ślęczenie po nocach nad biografiami pisarza.
Gdy po raz pierwszy pojawił jej się ten sen, obudziła się w środku nocy zlana potem. Oddychała szybko, próbując się uspokoić. Dawno serce nie biło jej w takim tempie.
Od tamtej nocy spała okazjonalnie. Piła kawę za kawą, napój energetyczny za napojem energetycznym. Całkowicie straciła apetyt. Dokładała wszelkich starań, żeby to wszystko ukryć przed matką, lecz nie wiedziała jak długo jeszcze będzie w stanie to robić.

Stała na polu. Otaczały ją cisza i mrok, nie tak przyjemne jak te w środku nocy, we własnym, ciepłym łóżeczku, lecz takie wywolujące gęsią skórkę. Do tego to przybijające poczucie niepokoju. Złote kłosy żyta falowały dookoła niej poruszane wiatrem.
Miała przeczucie, że ktoś za nią stoi. Obróciła się szybko, lecz nikogo nie dostrzegła. Poczuła czyjść oddech na ramieniu, jednak i tym razem nie było tam nikogo.
Szepty. Szepty, delikatne niczym lekki wietrzyk, zaczęły dochodzić ze wszech stron. Szepty kobiet, mężczyzn i dzieci. Tysiące, miliony różnych głosów. W różnych językach. Szepczących różne słowa.
Przerwał je dziwny szum. Naprzeciw siebie pędziły dwie olbrzymie fale – jedna z wody, druga z ognia. Katherine zaczęła rozglądać się szybko w poszukiwaniu drogi ucieczki, lecz kiedy spróbowała zrobić krok, poczuła, że grube korzenie trzymają ją za nogi. Nie mogła się ruszyć. Wcześniej lekki wiatr, teraz zmienił się w wichurę, która jeszcze bardziej popędzała zbliżające się coraz bardziej fale i wyrywała rosnące dokoła żyto z ziemi.
W oddali dziewczyna ujrzała jakąś ciemną postać, patrzącą wprost na nią. Nie była jednak w stanie zobaczyć twarzy tejże osoby, ani nawet określić, czy to mężczyzna, czy kobieta. Postać stała tam, nie przejmując się kataklizmem ją otaczającym.
Fale uderzyły w miejsce, w któym stała Katherine. Otoczył ją huragan złożony z ognia, ziemi i wody... Nie widziała już nic.

Kate gwałtownie otworzyła oczy. Pozwoliła sobie na chwilę nieuwagi i przysnęła. Cała była roztrzęsiona i dostała gęsiej skórki. Wzięła głęboki oddech i wstała, lekko się chwiejąc, z łóżka. Ruszyła w stronę drzwi i wyszła z pokoju. Stwierdziła, że rzeczą, która rozbudzi ją najbardziej, będzie zimny prysznic.
Łazienka znajdowała się naprzeciw pokoju Katherine i była malym pomieszczeniem pełnym figurek i zdjęć wielbłądów. Joanne bardzo lubiła te wspaniałe zwierzęta i stwierdziła, że jej kolekcja świetnie nadaje się do tego pomieszczenia. Kafelki i dywanik leżący na białej podłodze były w rażącym, pomarańczowym kolorze.
Kate rozebrała się i już miała wchodzić pod prysznic, kiedy nagle stało się coś dziwnego. Z kranu zaczęła lecieć woda.
Katherine podeszła do zlewu i spojrzała z konsternacją na kurki. Były zakręcone. Bardzo jej się to nie podobało. Nagle za sobą również usłyszała szum wody. Stała chwilę, nie będąc pewna, czy chce się obrócić. Kiedy wreszcie to zrobiła, ujrzała to, czego się spodziewała. Z prysznica także zaczął lecieć strumień wody. I z każdą chwilą stawał się mocniejszy. Natomiast po parze unoszącej się zarówno ze zlewu jak i z kabiny, domyśliła się, że lecąca woda jest wrzątkiem.
Coraz bardziej się bała. Katherine Winetrop, która prawie nigdy nie odczuwała strachu, zaczynała wpadać w panikę. Głębokimi wdechami zaczęła uciszać galopujące serce. Nie mogła się ruszyć, jakby ponownie znalazła sie w swoim śnie.
I wtedy usłyszała dzwonek do drzwi.
Woda dookoła niej ucichła.
Jeszcze chwilę stała w miejscu. Dopiero kiedy dzwonek rozległ się po raz drugi, zmusiła się do ruchu. Szybko się ubrała i zbiegła na dół, żeby otworzyć drzwi. Wciąż roztrzęsiona, niemal nie cofnęła się ze zdziwienia, kiedy ujrzała przed sobą Williama. Na jego twarzy malował się ledwie dostrzegalny niepokój, który pogłębił się, gdy dostrzegł, jak ona wygląda. Z potarganymi włosami, zaczerwienioną twarzą, wciąż utrzymującą cień niedawnego przerażenia, w pogniecionych ubraniach – zapewne wyglądała, jakby dopiero co stoczyła walkę na śmierć i życie.
- Co ty tu robisz? – warknęła, zanim zdąrzył jakkolwiek skomentować jej wygląd.
- Przyszedłem sprawdzić, czy żyjesz – odparł, wzruszając ramionami. – Nie było cię dzisiaj w szkole.
Katherine westchnęła z irytacji.
- Czego naprawdę chcesz?
- Pomocy z matematyki – powiedział nieszczęśliwym głosem.
Już miała odmówić, kiedy przypomniała jej się scena w łazience. Do tego dodać jeszcze tamten sen... Nie miała ochoty zostawać teraz sama. Mogła mu podać wiele powodów, żeby go stąd wygonić: że jest chora i może go zarazić, że jest sama w domu, a prawie go nie zna, że go nie lubi... Lecz wzruszyła tylko ramionami, siląc się na zwykle naturalną dla siebie nonszalancję, i odpowiedziała:
- A zatem właź.
Ustąpiła mu miejsca w przejściu, a on rozpromienił się i przeszedł przez próg. Zaczął rozglądać się z ciekawością. Katherine wyminęła go i ruszyła do stołu w jadalni, a on, zdjąwszy wcześniej buty, ruszył za nią. Usiadł na jednym z krzeseł i obserwował, jak Kate przeszła z jadalni do kuchni, gdzie wyciągnęła z szafki dwie szklanki i paczkę słonych paluszków, a z lodówki karton soku pomarańczowego. Następnie, cudem nie wypuszczając tego z rąk, wróciła z tym do stołu.
- Dzięki za pomoc – rzuciła nie tyle ze złością, ile z przyzwyczajenia.
- Ależ nie ma za co – uśmiechnął się szeroko w odpowiedzi.
Usiadła obok niego i zabrała mu z ręki podręcznik, który właśnie wyjął. Zaczęła go przeglądać.
- Więc czego nie rozumiesz? – zapytała, kiedy wreszcie skończyła.
- Algebry – powiedział żałośnie.
- Ale czego konkretnie? – Katherine przewróciła oczami. Zauważyła, że często to robi.
- Algebry – powtórzył, tym razem bardziej dobitnie.
Kate pokiwała głową, załamana.
- A zatem mamy dużo pracy... – pokręciła głową z irytacją, lecz jednocześnie kąciki jej ust lekko podniosły się do góry.
Następne dwie godziny spędziła na tłumaczeniu chłopakowi podstaw algebry. William momentami był dość pojętnym uczniem, czasem zaś robił tylko głupią minę, a w jego oczach pojawiało się przerażenie na widok omawianego tematu. Wyglądało to zupełnie tak, jakby miał w mózgu tamę, która czasem pozwalała informocjom wniknąć do świadomości, a czasem się zamykała.
Wreszcie William ze złością odrzucił długopis i skrzyżował ręce na piersi.
- Koniec – powiedział stanowczo. – Czuję, jakby mózg mi się rozpuszczał. Nie zniosę więcej.
- To ty chciałeś się tego uczyć – stwierdziła Katherine z rozbawieniem.
- Wszyscy popełniamy błędy – zawyrokował chłopak po czym wstał, przeszedł do salonu i rzucił się na kanapę.
Kate nie miała pojęcia, jak na to zareagować. W ciszy, która zapadła, zaczęła wpatrywać się w las za oknem i wracać myślami do sceny w łazience. Przeszedł ją zimny dreszcz. Czuła, że powinna wiedzieć, co się stało, i to uczucie niepokoiło ją najbardziej. Miała wrażenie jakby patrzyła na puzzle, w których brakuje większości kawałków.
Gdy tak rozmyślała, William odwrócił się i obserwował ją, opierając się plecami o oparcie. Wzrok jego szarych oczu był tak intensywny, że dziewczyna wreszcie poczuła go na sobie i odwróciła się w jego stronę ze zmarszczonymi brwiami.
- Nie jest ci za wygodnie? – spytała sarkastycznie.
Wzruszył ramionami.
- W sumie jest mi wygodnie. U nas nie ma takich miękkich kanap. Są tylko takie twarde... staromodne.
- Gdzie wy właściwie mieszkacie? – zainteresowała się Katherine, uświadamiając sobie, że nie kojarzy w miasteczku żadnego domu, który byłby wystawiony na sprzedarz ostatnimi czasy.
- Wróciliśmy do naszej starej, rodzinnej rezydencji, jakieś dwa kilometry stąd. – Wytłumaczył chłopak obojętnym tonem, jakby opowiadanie o rodzinnych rezydencjach było jego codziennością. I pewnie było. – Należała do naszej rodziny już w dziewiętnastym wieku, lecz od czasu, kiedy moi dziadkowie wyprowadzili się z niej jakieś czterdzieści lat temu, nikt tam nie mieszkał.
Kate tylko pokiwała głową na znak, że przyjmuje to do wiadomości. Cały czas zbierała się do wyrzucenia chłopaka od siebie z domu, ale, o dziwo, nie miała ochoty. Nie wiedzieć czemu, czuła, jakby on i ona byli bardziej podobni, niż się na pozór zdaje. Pomimo faktu, iż irytował ją niewiarygodnie, a od kiedy pojawił się na progu, wpadła już na dwadzieścia nowych sposób zamordowania go (wcześniej miała już ich około dziesieciu), to nie przeszkadzał jej tak bardzo jak inni ludzie. Różnił się od jej szkolnych rówieśników. Poza tym wciąż dostawała dreszczy na myśl, że może zostać tu sama.
- Ktoś tu ma rękę do roślin – zauważył William, patrząc na szafkę, na której stały nastrucje.
Katherine zmarszczyła brwi. Kwiaty były dwa razy bardziej rozrośnięte i wyglądały na o wiele bardziej zadbane, niż poprzedniego dnia. Spojrzała na kaktusy i inne rośliny stojące w salonie. Ich również się to tyczyło.
Nie wiedziała, co o tym myśleć.  Chłopak spojrzał na nią pytająco, a potem na jego twarzy pojawił się wyraz zrozumienia. Już otwierał usta, żeby coś powiedzieć, kiedy oboje usłyszeli, jak pod dom zajeżdża samochód. Kate odsapnęła.
- To moja mama – wytłumaczyła Williamowi. – Możesz już iść. – Dodała, nie przejmując się tym, że jest niemiła.
Pokiwał głową, wciąż intensywnie się w nią wpatrując. Wstał i ruszył w kierunku drzwi wejściwych. Już miał kłaść rękę na klamkę, kiedy do domu weszła Joanne. Podskoczyła na widok nieznajomego, jednak kiedy jej wzrok powędrował do córki stojącej przy stole w jadalni i patrzącej się z lekkim rozbawieniem na tę scenę, odetchnęła.
- Mamo, to jest William. Właśnie wychodzi.
- Dzień dobry, pani Winetrop – chłopak uśmiechnął się szeroko, odsłaniąjąc białe, równe zęby. – Miło mi poznać.
Na twarz Joanne również wykwitł uśmiech.
- Już wychodzisz? -  zapytała ze smutkiemi, kiedy potrząsali sobie ręce. – Na pewno nie chcesz zostać?
Jednak jeszcze zanim skończyła mówić te słowa, jej mina zmieniła się na zaniepokojoną. Katherine, która już miała powiedzieć matce, że William i tak za długo tu był, zamknęła usta i patrzyła, jak Joanne wpatruje się uwarznie w twarz Donwella.
- Myślę, że już za długo zawracałem głowę pani zawirusowanej córce – powiedział chłopak, a jego głos również brzmiał mniej pewnie niż wcześniej, choć wciąż starał się być dowcipny. – Ale dzięki niej wreszcie coś rozumiem z algebry.
Wyminął panią Winetrop, otworzył drzwi i na progu odwrócił się jeszcze do nich. Skinął głową w stronę Joanne i posłał zuchwały uśmiech Katherine. Jednak dziewczyna mogłaby przysiąc, że w tym uśmiechu było o wiele więcej powagi niż wcześniej. Następnie zamknał za sobą drzwi, zostawiając matkę i córkę same.  
Dopiero później tego dnia Katherine uświadomiła sobie, że to, czego uczyła dziś Williama niedawno omawiała na lekcji. I to z tego było zadanie, w którym chłopak jeszcze w zeszłym tygodniu wytknął jej błąd. Wtedy umiał algebrę, a dziś już nie?

***

Szczupła szatynka kroczyła korytarzem, którego ściany pokryte były płaskorzeźbami o motywach roślinnych. Szare mury, choć pozostawały w dość dobrym stanie jak na swoje kilkaset lat, utraciły już dawną świetność. Co kilka metrów małe okienka bez szyb, wielkości dwadzieścia centymetrów na dwadzieścia centymetrów otwierały się na widoczne po horyzont Alpy.
Stukot obcasów kobiety obijał się echem od ścian. Kosmyki jej włosów podskakiwały z każdym krokiem, a stalowoszare oczy wyrażały podekscytowanie.
Doszła do mosiężnych drewnianych drzwi na końcu korytarza. Bez pukania, otworzyła jej gwałtownie, powodując to, że wszyscy znajdujący się w pomieszczeniu unieśli głowy, aby zobaczyć, kto przyszedł.
Dwóch mężczyzn, chudy i niski Hubert oraz muskularny i wręcz nieprawdopodobnie wysoki Graham, rzucili jej wystraszone spojrzenia. Nawet wśród swoich druhów budziła postrach, ale również zasłużony szacunek.
Jedyną osobą, która się jej nie bała, była szczupła, trupioblada kobieta siedząca za olbrzymim biurkiem z bogato zdobionego mahoniu. Krwaworude włosy otaczały girlandami jej pociągłą twarz, naznaczoną okrucieństwem. Oczy miały intesywną barwę, w tym świetle były czerwone, niczym dwa piękne rubiny. Skierowane były z wyczekiwaniem i lekką irytacją na przybyłą.
- Pani – szatynka skinęła jej głową.
Tamta tylko zacisnęła usta i uniosła jedną brew na znak tego, że czeka na wytłumaczenie, tak nagłego wtargnięcia.
- Pani – powtórzyła przybyła, jednocześnie wydychając głośno powietrze. – Właśnie otrzymaliśmy niezwykle ważną wiadomość z Ameryki.
Wzięła głęboki wdech zanim kontynuowała.
- No powiedz wreszcie! – warknął Graham, zniecierpliwiony.
Kobieta nie odrywała wzroku od swojej władczyni, która wyprostowała się, a następnie spojrzała na swoich wcześniejszych towarzyszy:
- Graham, Hubert, wynocha! – rozkazała ostrym, lodowatym tonem.
Graham zacisnął mocniej szczęki. Oburzony Hubert już otwierał usta, żeby zaprostestować, jednak zamknął je z powrotem, kiedy rudowłosa posłała mu przerażające spojrzenie. Mężczyźni wstali i wyszli z pokoju, prychając z niezadowoleniem.
- O co chodzi, Silvio? – zwróciła się do szatynki.
- Otrzymaliśmy informację z Ameryki. – Powtórzyła Silvia, jednak zaraz kontynuowała: - Według naszego informatora, Matka Ziemia została odnaleziona.
Jej rozmówczyni wstała, prostując się jeszcze bardziej. Wszystkie jej mięśnie były napięte do granic możliwości. Bez mrugania wpatrywała się w Silvię, która czekała na jakąkolwiek reakcję z jej strony. Wreszcie, tak cicho, że szatynka początko nie dosłyszała jej słów, zapytała:
- Gdzie dokładnie została odnaleziona?
Silvia uśmiechnęła się na to pytanie.
- W Północnej Karolinie, niewiele ponad sto kilometrów od Durham.
Odpowiedział jej lekki, okrutny uśmieszek, który wykwitł na ustach drugiej kobiety.
- Czyżby to było niedaleko naszego najdroższego Samuela? – spytała, wyciągając samogłoski.
- Owszem, pani.
Rudowłosa pokiwała głową na znak aprobaty. Wyszła zza biurka i podeszła do Silvii pełnym gracji krokiem. Kiedy już przed nią stała, wzięła ją za rękę i włożyła okrągły kamień pokryty pismem w starożytnej grece. Ci, którzy umieliby to przeczytać, wiedzieliby, że napis ów układa się w zdanie: „Niespodziewany ogień zaskoczy, rozsądzi i ogarnie wszystko.” Silvia spojrzała na te słowa, wypowiedziane ongiś przez Heraklita z Efezu, i powtórzyła je niczym modlitwę.
- Pojedziesz tam, jaką moja przedstawicielka. Samuel jest zbyt okrutny, żeby działać sam. Ale tobie mogę zaufać. – Na ustach drugiej kobiety pojawił się jeszcze bardziej wyraźny, drwiący uśmieszek. – A jeśli nie... Cóż. Wiesz bardzo dobrze, co dzieje się z tymi, na których się zawiodłam.
Szatynka skinęła głową z godnością. Nie okazywała strachu, choć serce zaczęło jej szybciej bić. Wolałaby nie być tam wysłana, gdziekolwiek tylko nie tam. Gdziekolwiek, tylko nie w miejsce, gdzie są Donwellowie.  Jednak Victoria Merryweather nie dawała możliwości wyboru, poza jedną: jesteś z nią albo przeciw niej.