Chłopak o ciemnych włosach stał w swojej
mikroskopijnej kuchni z telefonem w ręce. Palce zaciskały się mocno na
urządzeniu, które cudem nie zostało zmiażdżone. Szczęki bruneta były napięte,
podobnie jak wszystkie mięśni jego ciała. Z całej jego postaci wręcz
promieniował stres, złość i coś jeszcze,
coś w co ciężko było uwierzyć – niepokój.
Kuchnia była zasyfiona. Na meblach
osiadł kurz, miejscami widać było plamy zaschniętego jedzenia. W zlewie i na
stole stały brudne kubki po kawie i leżały talerze. W kąt rzucone zostały
pudełka po pizzy.
Marco patrzył na ten bałagan,
jednocześnie go nie widząc. Jego myśli cały czas będziły w stronę Donwellów.
Ich obecność tutaj mąciła jego plany całkowicie. Znał powód, dla którego tu
przybyli i był gotów zrobić wszystko, żeby im w tym przeszkodzić. Nie wiedział
tylko jak. Po wymianie spojrzeń z najmłodszym z rodziny tamtego pierwszego
dnia, na korytarzu szkolnym, a potem przy kilku innych przelotnych spotkaniach,
zrozumiał, iż Donwellowie również wiedzą, kim on jest, a to utrudniało znacząco
sprawę.
Do tego jeszcze rozmowa, którą przed
chwilą przeprowadził. Krew wciąż buzowała Cheetwoodowi w żyłach. Miał ochotę
czymś rzucić. Walnąć w coś z całej siły. Wyżyć się w jakikolwiek możliwy
sposób. Kopnął ze złości w drzwi lodówki z lat dziewięćdziesiątych i usłyszał
brzęk spadających z półek puszek i butelek.
Został tu wysłany na samotną katorgę,
zdala od ludzi swojego pokroju, a mimo to wciąż był traktowany przez nich jak
dziecko. Cisnął telefon na stół. Poczuł coś ciepłego i płynnego w zaciśniętych
dłoniach i odkrył, że nieświadomie wbił sobie paznokcie w skórę. Na obu dłoniach
miał teraz pięć krwawych śladów. Patrzył na nie przez chwilę. Prychnął. Wyszedł
z kuchni, przeszedł przez pokój będący mieszaniną salonu i sypialni, a
następnie wypadł na chłodne, nocne powietrze, nie zamykając nawet za sobą drzwi
na klucz. Nikt nie odważyłby się go okraść.
Zresztą nawet nie miałby z czego.
***
Katherine siorbała kawę, patrząc na
krople deszczu uderzające w okno jej pokoju. Leżała zawinięta w ciepły koc w
czerwoną kratę. Nos i oczy też miała czerwone. Jej włosy były potargane.
Wyglądała jak siedem nieszczęść. A przecież ona nigdy nie chorowała! Wirusy
szalały, a Katherine Winetrop stała nieruszona przez armie zarazków.
Jednak nie tym razem! Tym razem została
pokonana przez jakieś okropne choróbsko. Katar sprawiał, że jej nos stracił
funkcję oddychania, kaszel wysuszył jej gardło i sprawiał, że czuła, jakby
płuca jej wybuchały. Jedyną dobrą rzeczą w tym wszystkim było to, iż matka
pozwoliła jej zostać w domu. Mogła spędzić cały dzień na oglądaniu seriali i czytaniu
serii „Tunele”, za którą wreszcie udało jej się zabrać.
Kate spojrzała ze smutkiem na dno kubka
w kształcie głowy Kermita z Muppetów. Przez moment rozważała, czy nie zejść na
dół zrobić sobie więcej kawy. Jednak doszła do wniosku, że nie byłby to dobry
pomysł. Wcześniej tak kręciło jej się w głowie, iż cudem nie spadła ze schodów.
Na biurku stała górka książek o
Fitzgeraldzie. Część miała strony pozaznaczane kolorowymi karteczkami.
Katherine ostatnie dni spędziła głównie na przeglądaniu tych książek, szukaniu
ważnych cytatów i interesujących ciekawostek. Codziennie skanowała to, co
znalazła i wysyłała to Williamowi. On robił to samo, choć wysyłał znacznie
mniej materiałów niż ona. Nie zdziwiło jej to zbytnio.
Katherine z natury była dość leniwa.
Zdarzały jej się czasem zrywy nagłej aktywności, lecz nie były one częste.
Zwykle ograniczała się do zrobienia minimum pracy domowej, byle nie za dużo.
Dlaczego tym razem było inaczej? Tak bardzo była zawascynowana tematem? Owszem.
Lubiła Fitzgeralda. Jednak nie aż tak bardzo. Chciała pokazać Williamowi, że
zrobi więcej od niego? Pewnie. Ale nie zależało jej na tym tak bardzo.
Powodem tej gorliwości były sny.
Od kiedy kilka dni temu przyśnił jej się
pierwszy koszmar, Katherine unikała wszelkiej okazji do pójścia spać, używając każdej
możliwej wymówki. Nawet jeśli znaczyło to ślęczenie po nocach nad biografiami
pisarza.
Gdy po raz pierwszy pojawił jej się ten
sen, obudziła się w środku nocy zlana potem. Oddychała szybko, próbując się
uspokoić. Dawno serce nie biło jej w takim tempie.
Od tamtej nocy spała okazjonalnie. Piła
kawę za kawą, napój energetyczny za napojem energetycznym. Całkowicie straciła
apetyt. Dokładała wszelkich starań, żeby to wszystko ukryć przed matką, lecz
nie wiedziała jak długo jeszcze będzie w stanie to robić.
Stała
na polu. Otaczały ją cisza i mrok, nie tak przyjemne jak te w środku nocy, we
własnym, ciepłym łóżeczku, lecz takie wywolujące gęsią skórkę. Do tego to
przybijające poczucie niepokoju. Złote kłosy żyta falowały dookoła niej
poruszane wiatrem.
Miała
przeczucie, że ktoś za nią stoi. Obróciła się szybko, lecz nikogo nie
dostrzegła. Poczuła czyjść oddech na ramieniu, jednak i tym razem nie było tam
nikogo.
Szepty.
Szepty, delikatne niczym lekki wietrzyk, zaczęły dochodzić ze wszech stron.
Szepty kobiet, mężczyzn i dzieci. Tysiące, miliony różnych głosów. W różnych
językach. Szepczących różne słowa.
Przerwał
je dziwny szum. Naprzeciw siebie pędziły dwie olbrzymie fale – jedna z wody,
druga z ognia. Katherine zaczęła rozglądać się szybko w poszukiwaniu drogi
ucieczki, lecz kiedy spróbowała zrobić krok, poczuła, że grube korzenie
trzymają ją za nogi. Nie mogła się ruszyć. Wcześniej lekki wiatr, teraz zmienił
się w wichurę, która jeszcze bardziej popędzała zbliżające się coraz bardziej
fale i wyrywała rosnące dokoła żyto z ziemi.
W
oddali dziewczyna ujrzała jakąś ciemną postać, patrzącą wprost na nią. Nie była
jednak w stanie zobaczyć twarzy tejże osoby, ani nawet określić, czy to
mężczyzna, czy kobieta. Postać stała tam, nie przejmując się kataklizmem ją
otaczającym.
Fale
uderzyły w miejsce, w któym stała Katherine. Otoczył ją huragan złożony z ognia,
ziemi i wody... Nie widziała już nic.
Kate gwałtownie otworzyła oczy.
Pozwoliła sobie na chwilę nieuwagi i przysnęła. Cała była roztrzęsiona i
dostała gęsiej skórki. Wzięła głęboki oddech i wstała, lekko się chwiejąc, z
łóżka. Ruszyła w stronę drzwi i wyszła z pokoju. Stwierdziła, że rzeczą, która
rozbudzi ją najbardziej, będzie zimny prysznic.
Łazienka znajdowała się naprzeciw pokoju
Katherine i była malym pomieszczeniem pełnym figurek i zdjęć wielbłądów. Joanne
bardzo lubiła te wspaniałe zwierzęta i stwierdziła, że jej kolekcja świetnie
nadaje się do tego pomieszczenia. Kafelki i dywanik leżący na białej podłodze
były w rażącym, pomarańczowym kolorze.
Kate rozebrała się i już miała wchodzić
pod prysznic, kiedy nagle stało się coś dziwnego. Z kranu zaczęła lecieć woda.
Katherine podeszła do zlewu i spojrzała
z konsternacją na kurki. Były zakręcone. Bardzo jej się to nie podobało. Nagle
za sobą również usłyszała szum wody. Stała chwilę, nie będąc pewna, czy chce
się obrócić. Kiedy wreszcie to zrobiła, ujrzała to, czego się spodziewała. Z
prysznica także zaczął lecieć strumień wody. I z każdą chwilą stawał się
mocniejszy. Natomiast po parze unoszącej się zarówno ze zlewu jak i z kabiny,
domyśliła się, że lecąca woda jest wrzątkiem.
Coraz bardziej się bała. Katherine
Winetrop, która prawie nigdy nie odczuwała strachu, zaczynała wpadać w panikę. Głębokimi
wdechami zaczęła uciszać galopujące serce. Nie mogła się ruszyć, jakby ponownie
znalazła sie w swoim śnie.
I wtedy usłyszała dzwonek do drzwi.
Woda dookoła niej ucichła.
Jeszcze chwilę stała w miejscu. Dopiero
kiedy dzwonek rozległ się po raz drugi, zmusiła się do ruchu. Szybko się ubrała
i zbiegła na dół, żeby otworzyć drzwi. Wciąż roztrzęsiona, niemal nie cofnęła
się ze zdziwienia, kiedy ujrzała przed sobą Williama. Na jego twarzy malował
się ledwie dostrzegalny niepokój, który pogłębił się, gdy dostrzegł, jak ona
wygląda. Z potarganymi włosami, zaczerwienioną twarzą, wciąż utrzymującą cień
niedawnego przerażenia, w pogniecionych ubraniach – zapewne wyglądała, jakby
dopiero co stoczyła walkę na śmierć i życie.
- Co ty tu robisz? – warknęła, zanim
zdąrzył jakkolwiek skomentować jej wygląd.
- Przyszedłem sprawdzić, czy żyjesz –
odparł, wzruszając ramionami. – Nie było cię dzisiaj w szkole.
Katherine westchnęła z irytacji.
- Czego naprawdę chcesz?
- Pomocy z matematyki – powiedział
nieszczęśliwym głosem.
Już miała odmówić, kiedy przypomniała
jej się scena w łazience. Do tego dodać jeszcze tamten sen... Nie miała ochoty
zostawać teraz sama. Mogła mu podać wiele powodów, żeby go stąd wygonić: że
jest chora i może go zarazić, że jest sama w domu, a prawie go nie zna, że go nie lubi... Lecz wzruszyła tylko
ramionami, siląc się na zwykle naturalną dla siebie nonszalancję, i
odpowiedziała:
- A zatem właź.
Ustąpiła mu miejsca w przejściu, a on
rozpromienił się i przeszedł przez próg. Zaczął rozglądać się z ciekawością.
Katherine wyminęła go i ruszyła do stołu w jadalni, a on, zdjąwszy wcześniej
buty, ruszył za nią. Usiadł na jednym z krzeseł i obserwował, jak Kate przeszła
z jadalni do kuchni, gdzie wyciągnęła z szafki dwie szklanki i paczkę słonych
paluszków, a z lodówki karton soku pomarańczowego. Następnie, cudem nie
wypuszczając tego z rąk, wróciła z tym do stołu.
- Dzięki za pomoc – rzuciła nie tyle ze
złością, ile z przyzwyczajenia.
- Ależ nie ma za co – uśmiechnął się
szeroko w odpowiedzi.
Usiadła obok niego i zabrała mu z ręki
podręcznik, który właśnie wyjął. Zaczęła go przeglądać.
- Więc czego nie rozumiesz? – zapytała,
kiedy wreszcie skończyła.
- Algebry – powiedział żałośnie.
- Ale czego konkretnie? – Katherine
przewróciła oczami. Zauważyła, że często to robi.
- Algebry – powtórzył, tym razem
bardziej dobitnie.
Kate pokiwała głową, załamana.
- A zatem mamy dużo pracy... – pokręciła
głową z irytacją, lecz jednocześnie kąciki jej ust lekko podniosły się do góry.
Następne dwie godziny spędziła na
tłumaczeniu chłopakowi podstaw algebry. William momentami był dość pojętnym
uczniem, czasem zaś robił tylko głupią minę, a w jego oczach pojawiało się
przerażenie na widok omawianego tematu. Wyglądało to zupełnie tak, jakby miał w
mózgu tamę, która czasem pozwalała informocjom wniknąć do świadomości, a czasem
się zamykała.
Wreszcie William ze złością odrzucił
długopis i skrzyżował ręce na piersi.
- Koniec – powiedział stanowczo. – Czuję,
jakby mózg mi się rozpuszczał. Nie zniosę więcej.
- To ty chciałeś się tego uczyć –
stwierdziła Katherine z rozbawieniem.
- Wszyscy popełniamy błędy – zawyrokował
chłopak po czym wstał, przeszedł do salonu i rzucił się na kanapę.
Kate nie miała pojęcia, jak na to
zareagować. W ciszy, która zapadła, zaczęła wpatrywać się w las za oknem i
wracać myślami do sceny w łazience. Przeszedł ją zimny dreszcz. Czuła, że
powinna wiedzieć, co się stało, i to uczucie niepokoiło ją najbardziej. Miała
wrażenie jakby patrzyła na puzzle, w których brakuje większości kawałków.
Gdy tak rozmyślała, William odwrócił się
i obserwował ją, opierając się plecami o oparcie. Wzrok jego szarych oczu był
tak intensywny, że dziewczyna wreszcie poczuła go na sobie i odwróciła się w
jego stronę ze zmarszczonymi brwiami.
- Nie jest ci za wygodnie? – spytała
sarkastycznie.
Wzruszył ramionami.
- W sumie jest mi wygodnie. U nas nie ma
takich miękkich kanap. Są tylko takie twarde... staromodne.
- Gdzie wy właściwie mieszkacie? –
zainteresowała się Katherine, uświadamiając sobie, że nie kojarzy w miasteczku
żadnego domu, który byłby wystawiony na sprzedarz ostatnimi czasy.
- Wróciliśmy do naszej starej, rodzinnej
rezydencji, jakieś dwa kilometry stąd. – Wytłumaczył chłopak obojętnym tonem,
jakby opowiadanie o rodzinnych rezydencjach było jego codziennością. I pewnie
było. – Należała do naszej rodziny już w dziewiętnastym wieku, lecz od czasu,
kiedy moi dziadkowie wyprowadzili się z niej jakieś czterdzieści lat temu, nikt
tam nie mieszkał.
Kate tylko pokiwała głową na znak, że
przyjmuje to do wiadomości. Cały czas zbierała się do wyrzucenia chłopaka od
siebie z domu, ale, o dziwo, nie miała ochoty. Nie wiedzieć czemu, czuła, jakby
on i ona byli bardziej podobni, niż się na pozór zdaje. Pomimo faktu, iż
irytował ją niewiarygodnie, a od kiedy pojawił się na progu, wpadła już na
dwadzieścia nowych sposób zamordowania go (wcześniej miała już ich około
dziesieciu), to nie przeszkadzał jej tak bardzo jak inni ludzie. Różnił się od jej
szkolnych rówieśników. Poza tym wciąż dostawała dreszczy na myśl, że może
zostać tu sama.
- Ktoś tu ma rękę do roślin – zauważył
William, patrząc na szafkę, na której stały nastrucje.
Katherine zmarszczyła brwi. Kwiaty były
dwa razy bardziej rozrośnięte i wyglądały na o wiele bardziej zadbane, niż
poprzedniego dnia. Spojrzała na kaktusy i inne rośliny stojące w salonie. Ich
również się to tyczyło.
Nie wiedziała, co o tym myśleć. Chłopak spojrzał na nią pytająco, a potem na
jego twarzy pojawił się wyraz zrozumienia. Już otwierał usta, żeby coś
powiedzieć, kiedy oboje usłyszeli, jak pod dom zajeżdża samochód. Kate
odsapnęła.
- To moja mama – wytłumaczyła
Williamowi. – Możesz już iść. – Dodała, nie przejmując się tym, że jest
niemiła.
Pokiwał głową, wciąż intensywnie się w
nią wpatrując. Wstał i ruszył w kierunku drzwi wejściwych. Już miał kłaść rękę
na klamkę, kiedy do domu weszła Joanne. Podskoczyła na widok nieznajomego,
jednak kiedy jej wzrok powędrował do córki stojącej przy stole w jadalni i
patrzącej się z lekkim rozbawieniem na tę scenę, odetchnęła.
- Mamo, to jest William. Właśnie
wychodzi.
- Dzień dobry, pani Winetrop – chłopak
uśmiechnął się szeroko, odsłaniąjąc białe, równe zęby. – Miło mi poznać.
Na twarz Joanne również wykwitł uśmiech.
- Już wychodzisz? - zapytała ze smutkiemi, kiedy potrząsali sobie
ręce. – Na pewno nie chcesz zostać?
Jednak jeszcze zanim skończyła mówić te
słowa, jej mina zmieniła się na zaniepokojoną. Katherine, która już miała
powiedzieć matce, że William i tak za długo tu był, zamknęła usta i patrzyła,
jak Joanne wpatruje się uwarznie w twarz Donwella.
- Myślę, że już za długo zawracałem
głowę pani zawirusowanej córce – powiedział chłopak, a jego głos również brzmiał
mniej pewnie niż wcześniej, choć wciąż starał się być dowcipny. – Ale dzięki
niej wreszcie coś rozumiem z algebry.
Wyminął panią Winetrop, otworzył drzwi i
na progu odwrócił się jeszcze do nich. Skinął głową w stronę Joanne i posłał
zuchwały uśmiech Katherine. Jednak dziewczyna mogłaby przysiąc, że w tym
uśmiechu było o wiele więcej powagi niż wcześniej. Następnie zamknał za sobą
drzwi, zostawiając matkę i córkę same.
Dopiero później tego dnia Katherine
uświadomiła sobie, że to, czego uczyła dziś Williama niedawno omawiała na
lekcji. I to z tego było zadanie, w którym chłopak jeszcze w zeszłym tygodniu
wytknął jej błąd. Wtedy umiał algebrę, a dziś już nie?
***
Szczupła szatynka kroczyła korytarzem,
którego ściany pokryte były płaskorzeźbami o motywach roślinnych. Szare mury,
choć pozostawały w dość dobrym stanie jak na swoje kilkaset lat, utraciły już dawną
świetność. Co kilka metrów małe okienka bez szyb, wielkości dwadzieścia
centymetrów na dwadzieścia centymetrów otwierały się na widoczne po horyzont
Alpy.
Stukot obcasów kobiety obijał się echem
od ścian. Kosmyki jej włosów podskakiwały z każdym krokiem, a stalowoszare oczy
wyrażały podekscytowanie.
Doszła do mosiężnych drewnianych drzwi
na końcu korytarza. Bez pukania, otworzyła jej gwałtownie, powodując to, że
wszyscy znajdujący się w pomieszczeniu unieśli głowy, aby zobaczyć, kto
przyszedł.
Dwóch mężczyzn, chudy i niski Hubert
oraz muskularny i wręcz nieprawdopodobnie wysoki Graham, rzucili jej
wystraszone spojrzenia. Nawet wśród swoich druhów budziła postrach, ale również
zasłużony szacunek.
Jedyną osobą, która się jej nie bała,
była szczupła, trupioblada kobieta siedząca za olbrzymim biurkiem z bogato
zdobionego mahoniu. Krwaworude włosy otaczały girlandami jej pociągłą twarz,
naznaczoną okrucieństwem. Oczy miały intesywną barwę, w tym świetle były
czerwone, niczym dwa piękne rubiny. Skierowane były z wyczekiwaniem i lekką
irytacją na przybyłą.
- Pani – szatynka skinęła jej głową.
Tamta tylko zacisnęła usta i uniosła
jedną brew na znak tego, że czeka na wytłumaczenie, tak nagłego wtargnięcia.
- Pani – powtórzyła przybyła,
jednocześnie wydychając głośno powietrze. – Właśnie otrzymaliśmy niezwykle
ważną wiadomość z Ameryki.
Wzięła głęboki wdech zanim kontynuowała.
- No powiedz wreszcie! – warknął Graham,
zniecierpliwiony.
Kobieta nie odrywała wzroku od swojej
władczyni, która wyprostowała się, a następnie spojrzała na swoich
wcześniejszych towarzyszy:
- Graham, Hubert, wynocha! – rozkazała
ostrym, lodowatym tonem.
Graham zacisnął mocniej szczęki.
Oburzony Hubert już otwierał usta, żeby zaprostestować, jednak zamknął je z
powrotem, kiedy rudowłosa posłała mu przerażające spojrzenie. Mężczyźni wstali
i wyszli z pokoju, prychając z niezadowoleniem.
- O co chodzi, Silvio? – zwróciła się do
szatynki.
- Otrzymaliśmy informację z Ameryki. –
Powtórzyła Silvia, jednak zaraz kontynuowała: - Według naszego informatora,
Matka Ziemia została odnaleziona.
Jej rozmówczyni wstała, prostując się
jeszcze bardziej. Wszystkie jej mięśnie były napięte do granic możliwości. Bez
mrugania wpatrywała się w Silvię, która czekała na jakąkolwiek reakcję z jej
strony. Wreszcie, tak cicho, że szatynka początko nie dosłyszała jej słów,
zapytała:
- Gdzie dokładnie została odnaleziona?
Silvia uśmiechnęła się na to pytanie.
- W Północnej Karolinie, niewiele ponad
sto kilometrów od Durham.
Odpowiedział jej lekki, okrutny
uśmieszek, który wykwitł na ustach drugiej kobiety.
- Czyżby to było niedaleko naszego
najdroższego Samuela? – spytała, wyciągając samogłoski.
- Owszem, pani.
Rudowłosa pokiwała głową na znak
aprobaty. Wyszła zza biurka i podeszła do Silvii pełnym gracji krokiem. Kiedy
już przed nią stała, wzięła ją za rękę i włożyła okrągły kamień pokryty pismem
w starożytnej grece. Ci, którzy umieliby to przeczytać, wiedzieliby, że napis
ów układa się w zdanie: „Niespodziewany ogień zaskoczy, rozsądzi i ogarnie
wszystko.” Silvia spojrzała na te słowa, wypowiedziane ongiś przez Heraklita z
Efezu, i powtórzyła je niczym modlitwę.
- Pojedziesz tam, jaką moja
przedstawicielka. Samuel jest zbyt okrutny, żeby działać sam. Ale tobie mogę
zaufać. – Na ustach drugiej kobiety pojawił się jeszcze bardziej wyraźny,
drwiący uśmieszek. – A jeśli nie... Cóż. Wiesz bardzo dobrze, co dzieje się z
tymi, na których się zawiodłam.
Szatynka skinęła głową z godnością. Nie
okazywała strachu, choć serce zaczęło jej szybciej bić. Wolałaby nie być tam
wysłana, gdziekolwiek tylko nie tam. Gdziekolwiek, tylko nie w miejsce, gdzie
są Donwellowie. Jednak Victoria
Merryweather nie dawała możliwości wyboru, poza jedną: jesteś z nią albo
przeciw niej.
No, no Juliet komplikujesz i intrygujesz !
OdpowiedzUsuńUwielbiam Willa, jest genialny !
Pozdrawiam
Layls
Dziś miałam tak nudny wykład, że postanowiłam w końcu w międzyczasie nadrobić Twoją twórczość i przyznam, że uwielbiam Willa - chyba jak każdy i mówię to po raz n-ty. Niemniej jednak siedzę sobie na swoim wydziale matematyki, a tu ni stąd ni zowąd czytam sobie o kimś, kto "nie rozumie" matmy. ;) Oj, przebiegły z niego gość. xD
OdpowiedzUsuńPoza tym Kate mnie na swój sposób bawiła. Być może chodzi o jej zachowanie, a może o coś innego, ale właśnie przez to jest kochana. I ciekawa jestem, jak dalej rozwiniesz wątek i ile będzie w tym różnicy z poprzednią wersją.
Czekam na nowy rozdział i pozdrawiam. :)
PS. Ja też zaczynam od nowa - http://malowane-uczuciami.blogspot.com/
Brr. Aż mnie dreszcz przeszedł czytając ostatnie wersy. Matka Ziemia tak? Ciekawe...
OdpowiedzUsuńOj Will, coś kręcisz. I mi się to nie podoba. Tak samo jak ten Marco. Tajemnice, tajemnice...
Uwielbiam Kate. Te jej zachowania, reakcje -bezcenne. I podziwiam ją, że potrafi nie spać aż tyle czasu. Ja jestem strasznym śpiochem. A z tym kranem to masakra jakaś. Już nie mogę się doczekać nn.
I przepraszam, że tak późno, brak czasu.
Pozdrawiam,
Annabel
Zawsze lubię bohaterów, którzy nie są lubiani przez otoczenie i starają się żyć po swojemu. Zainteresowały mnie te tajemnicze moce Katherine oraz co planują z nią zrobić różne indywidua - bo domyślał się, że William nie jest tym za kogo się podaje.
OdpowiedzUsuńCzekam na dalszy ciąg i dołączam do listy uznania na:
http://www.smocza-kompania.blogspot.com/
Mam nadzieję, że też mnie odwiedzisz.
Aż mi wstyd, że dopiero teraz, Wybacz. Ale nadrobiłam i aż sobie teraz pluje w brode, że wcześniej nie przeczytałam tego rozdziału. Kate mnie rozbraja totalnie, przypomina mi troche siebie w odzywkach, więc czyta mi się jeszcze milej. Nie otrzymałam razem z rozdziałem żadnej odpowiedzi na moje pytania, a mam ich tylko jeszcze więcej. Mam nadzieję, że szybko pojawi się kolejny rozdział i on nieco rozjaśni mi umysł ;) Tajemnica i ta lekka zgroza jest przyjemna, ale jestem z natury niecierpliwą osobą, więc chce odpowiedzi, odpowiedzi, odpowiedzi. ;)
OdpowiedzUsuńOczywiście powiadamiaj mnie dalej o nowościach.
Pozdrawiam